Strona główna Blog Strona 474

Z cykkle „Cudze chwalicie, Jarosławia nie znacie”:  Kaplica Zjawienia

0

Według miejscowej tradycji 20 sierpnia 1381 roku pasterze szukając w lesie zabłąkanego bydła znaleźli na drzewie figurę Matki Boskiej Bolesnej z Panem Jezusem na kolanach. Odnalezione bydło ujrzeli klęczące wokół drzewa z figurą, którą otaczała jasna światłość. Pasterze byli przekonani o szczególnej łasce, jaka odznaczał Bóg statuę Bogurodzicy. Figura obecnie umieszczona jest w głównym ołtarzu oo. Dominikanów, autorstwa nieznanego pustelnika z XIV wieku. Rzeczoznawcy tematu oceniają i porównują ją do szkoły monachijskiej .Wiadomość ta szybko dotarła do miasta, skąd wyszła procesja z kapłanami na czele. Figura została umieszczona w kościele parafialnym, lecz nie taka była wola Boża. Następnej nocy figura z powrotem znalazła się na swoim poprzednim miejscu. W pobliżu zjawienia figury wytrysło źródło, z którego wodę uznano za cudowną. Początkowo źródlaną wodę używano do zaspokojenia spragnionych pielgrzymów, którzy zaczęli w to miejsce coraz liczniej przebywać i otrzymywać szczególne łaski. Wobec dużego zainteresowania cudownym źródłem, wodę ocembrowano. W XVIII wieku zanotowano 630 cudów i 25 wskrzeszeń. W 1752 roku ukończono budowę murowanej kaplicy w miejscu starej drewnianej. W roku 1865 roku w kaplicy wybudowano ołtarz z kopią figury Matki Boskiej z umarłym Jej synem, autorstwa rzeźbiarza Tomasza Kuleszy. Obecność w ołtarzu Aniołów ma przypominać fakt z czasów Chrystusa, kiedy to Anioł poruszał raz w roku wodę w sadzawce Betsaidzie w Jerozolimie i kto pierwszy wszedł do wody, odzyskiwał zdrowie. W 1941 roku Niemcy zamienili kościół na skład mąki. W tym czasie Figurę oraz Święty Sakrament przewieziono do „studzienki”, gdzie do 1942 roku odprawiano nabożeństwa Na ścianie kaplicy okupant umieścił napis” użycie wody ze studni, grozi utratą życia”. Jeżeli chodzi o zewnętrzną bryłę architektoniczną to jest ona zbudowana w kształcie ośmioboku, przykrytego kopułą z latarnią, czyli otworami oświetlającymi. Nad otworem drzwiowym umieszczona jest pamiątkowa płaskorzeźba z wizerunkiem figury na drzewie z okazji 200 lat pobytu oo. Dominikanów w Jarosławiu, z datą 1777- 1977. Wewnątrz po lewej stronie ołtarza napis: „Na wieczną pamiątkę fundatorowi tego ołtarza Jaśnie Wielmożnego Hr. Stanisławowi i Zofii Siemieńskim z Pawłosiowa ten kamień poświęca ks. Wincenty Maria Podlewski, przeor oo. Dominikanów w Jarosławiu, dnia 6 października 1885 r.” Kaplica Zjawienia z cudownym źródłem przy Bazylice oo. Dominikanów stanowi dużą wartość kultu i jest cennym zabytkiem, wkomponowanym w zachodnią część panoramy miasta. Spełnia też ważną misję w przeszło 600- letniej tradycji Maryjnej w Jarosławiu.

Jerzy Czechowicz

 

Nawet epidemia powszednieje

0

W miniony piątek po południu na ul. Grunwaldzkiej w Jarosławiu był już korek. Maseczki nosimy od niechcenia z nosem na wierzchu, bo łatwiej oddychać. Przy jarosławskim rynku ruszyła lodziarnia. Sprzedają zgodnie z nakazem, czyli na wynos. Problem w tym, że w miejscu publicznym trzeba mieć usta i nos zasłonięte, a lody wymagają odsłonięcia. Ludzie dają sobie radę i to świadczy, że wirusa też opanujemy, a do normalności już wracamy.

Każdy wie, jak sobie z wirusem radzić. Receptury fundują nam politycy i celebryci. Rzadziej naukowcy i lekarze. Pierwsi mają super metody, tylko nierealne. Drudzy są bardziej stonowani. Premier Nepalu zaleca na przykład dezynfekowanie wrzątkiem. Może to dobre i wirusa zniszczy. Trudno powiedzieć, jak przetrwa takie postępowanie dezynfekowany. Telewizje też muszą sobie jakoś radzić przy zakazie kontaktów i zgromadzeń, więc wykorzystują telerozmowy. Dziennikarz siedzi w studio, a interlokutor u siebie w domu. Jest fajnie, a przy okazji wszyscy rozmówcy są na tle książek. Większość ma potężne biblioteki porównywalne przynajmniej z Jagiellonką. Ciekawe ile z tych książek przeczytali. Możliwe, że działa jakaś aplikacja i zamiast doklejać czapeczkę dokleja książki i wszystko jest super, a gość wygląda jak sorboński profesor, albo jak Filip w konopiach.

Wiosna w pełni. W tym roku zanim zaczną się matury, to kasztany już dawno przekwitną. To też zasługa koronawirusa. Codzienne raporty informują nas ile osób zachorowało i ile wyzdrowiało. W sumie przekazują nam informację o liczbie stykających się z wirusem, którym zrobiono testy. Jak komuś nie zrobiono, to oni on, ani cała reszta nie ma zielonego pojęcia, czy wirus go dopadł, czy nie dopadł. Słyszymy, że oddziały szpitalne, a nawet całe szpitale muszą przejść kwarantannę, bo trafił się chory. Nawet policjantów trzeba było odsunąć od służby, bo ktoś z wirusem pojawił się na posterunku. To zrozumiałe, że najbardziej narażeni są ci, którzy z racji swej pracy muszą mieć styczność z ludźmi. Urzędnicy się zamknęli, więc zagrożenie zminimalizowali. Sprzedawcy się nie zamkną, bo chleb jest codziennie potrzebny. Do tej pory nie było informacji, że jakiś sklep objęto kwarantanną. Widocznie ekspedientki należą do najbardziej odpornej grupy zawodowej.

Paliwo tanieje, tylko nie u nas. Litr benzyny na Śląsku kosztuje 3.80 zł. W Warszawie 4,20 zł. Na Podkarpaciu średnio trzeba zapłacić dwa grosze powyżej 4 zł, a w Jarosławiu dwa grosze mniej niż 4,50 zł. Jeden kraj, a ceny różne. Ale z paliwem tak jest od dawna. Przyzwyczailiśmy się już, że jak ropa drożeje, to benzyna też drożeje, jak ropa tanieje, to tanieje samotnie. W ubiegłym tygodniu zdarzało się, że cena baryłki ropy spadła poniżej zera, czyli dostawcy dopłacali, by ja zabrać. U nas połowę ceny paliwa stanowią podatki. Nie może więc tanieć, bo by się budżet zawalił.

Ogólnie to wszystko mamy poukładane. Są zakazy i nakazy oraz obostrzenia. Jest tarcza, a więc i jakiś miecz być musi. Jest też przedwyborczy chaos tak dalece rozbudowany, że najprawdopodobniej od czasów Mieszka większego pomieszania nie było. Gdyby w podobny sposób, jak organizowane są wybory potraktowano wirusa, to biedak przepadłby natychmiast.

Roman Kijanka

 

 

Św. Florian – patron walczących z pożarami

0

Już wkrótce, 4 maja, obchodzić będziemy wspomnienie Świętego Floriana oraz Międzynarodowy Dzień Strażaka. Dlatego też dziś przybliżamy jego sylwetkę.

„Święty Florianie chroń nas od wojny, ognia, powodzi i wszelkich klęsk żywiołowych. Czuwaj nad ludźmi ciężkiej i niebezpiecznej pracy: strażakami, hutnikami i kominiarzami. Strażaków ucz poświęcenia i ofiarnej służby w czasie klęsk żywiołowych, w ratowaniu ludzkiego życia i mienia”.

Ten legendarny święty urodził się w Austrii w 250 r. Jego życie przypadło na okres prześladowań chrześcijan. W młodym wieku został powołany do armii cesarza rzymskiego, Dioklecjana. W roku 304 ujął się za prześladowanymi legionistami chrześcijańskimi, za co został skazany na karę śmierci. 4 maja 304 r. poniósł śmierć męczeńską w nurtach rzeki Enns (Anizy), na terenie dzisiejszej Austrii. Nad jego grobem z czasem wybudowano kościół i klasztor ojców Benedyktynów, a później Klasztor Kanoników Laterańskich wg, reguły Św. Augustyna. W 1184 r. Idzi, biskup Modeny, na prośbę księcia Kazimierza Sprawiedliwego, sprowadził relikwie Św. Floriana do Krakowa. W dzielnicy Krakowa – Kleparz, znajduje się kościół p.w. Św. Floriana, fundacji biskupa krakowskiego Gedki, gdzie według legendy zatrzymały się konie wiozące relikwie świętego na Wawel. Konie tak długo nie chciały się ruszyć z miejsca, aż zdecydowano o wybudowaniu świątyni. Podczas pożaru Krakowa w 1528 r. ocalał jedynie kościół, w którym znajdowały się relikwie Św. Floriana. Odtąd zaczęto czcić go w Polsce jako patrona podczas klęsk pożaru, a straże pożarne przyjęły go za swego patrona. W kalendarzu liturgicznym kościół katolicki wspomina Św. Floriana 4 maja. Tego dnia również obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Strażaka.

Figury i kapliczki Św. Floriana można spotkać niemalże w każdej miejscowości, zwłaszcza przy remizach Ochotniczych Straży Pożarnych. Ikonografia polska najczęściej przedstawia Świętego jako rzymskiego rycerza trzymającego naczynie z wodą i gaszącego pożar domu lub kościoła.

 

Pieśń do Św. Floriana

  1. Pobożni ludzie w głos Pana chwalcie,

Miłością Jego serca rozpalajcie.

Wzbudźcie się wszyscy do dziękczynienia

Oddajcie Bogu niskie skłonienia.

  1. Uznajmy wielką w ten dobroć Pana,

Ze nam obrońcę dał Floriana,

Którego pewni będąc przyczyny,

Głośmy przed światem cne Jego czyny.

  1. Więc zaufani w Twojej obronie

Prosimy Ciebie, Święty Patronie,

Strzeż nas w pokoju, umacniaj w wierze

I kto Cię wzywa niech pomoc bierze.

(Źródło: Kronika OSP Świętoniowa, autor pieśni: Władysław Pelc – strażak, organista kościelny, założyciel czterogłosowego chóru i zespołu teatralnego w Świętoniowej, zm. w 1986 r., kserokopia kroniki w zbiorach muzeum).

 

Wojciech Kruk

Dział Historii Pożarnictwa Muzeum w Przeworsku

 

Fot. Drewniana figurka Św. Floriana z 1823 r., zbiory Muzeum Pożarnictwa w Przeworsku

Musisz? Możesz?

0

Nie trzeba było siły ani gróźb. Wystarczyło odwołanie do zdrowego rozsądku. Jaka jest cena pandemii koronawirusa? Tą ceną jest zaufanie. Bezgraniczne zaufanie do władzy. Musimy wierzyć, że chcą dla nas dobrze i działają w imieniu społeczeństwa, a nie swoim lub wielkich korporacji i innych państw. Musimy zaufać, że robią co mogą, by nas ochronić. Musimy też uwierzyć, że przepisy, które wprowadzają w życie mają służyć Polsce i Polakom do łagodnego przejścia przez jeden z najtrudniejszych okresów w historii. Trzeba też zaufać systemom bankowym, korporacjom i najbogatszym tego świata, mającym nieraz większą władzę niż rządy niektórych państw, że nie wykorzystują tej sytuacji do powiększenia swoich zysków i wpływów. Że nie prowadzą w tle własnej gry i programów mających na celu wykorzystanie ludzi, a używają swoich środków i możliwości do realnej pomocy tym najbardziej potrzebującym. Musimy korzystać z ich technologii, bo nie mamy wyboru. Trzeba odłożyć na bok wszelkie dywagacje na temat teorii spiskowych i złych intencji wyimaginowanych i uprzywilejowanych grup społecznych.

Za to możemy wykorzystać ten czas na przeanalizowanie swojego życia. Można zrobić porządki w domach i naszych głowach, gdzie czasem panuje większy chaos niż teraz na świecie. Możemy spędzić więcej czasu z rodziną, być może nauczyć się rozmawiać z najbliższymi, rozumieć i być wyrozumiałym. Możemy zadzwonić do kogoś z kim dawno nie rozmawialiśmy i być może wyjaśnić pewne sprawy lub chociaż pokazać chęć pogodzenia się i zostawienia sporów i niesnasek o głupoty za sobą. Możemy zastanowić się nad swoją przyszłością zawodową i intelektualną. Możemy zwyczajnie podsumować swoje dotychczasowe życie i być może uświadomić sobie, że zmierzaliśmy donikąd. Jeśli nie jesteśmy tam, gdzie planowaliśmy być, to coś trzeba będzie zmienić, wszak robiąc w kółko to samo nie można oczekiwać innych rezultatów. Możemy wszystko.

Możemy też przyzwyczaić się do przebywania w więzieniach, tfu, w domach i chodzenia w kagańcach, tfu, w maseczkach. Do ograniczenia kontaktów i bliskości między ludźmi i zostać rozbici na pojedyncze jednostki i nawet nie móc zebrać się w grupę by zaprotestować. Możemy w imię wyższego dobra przyzwyczaić się do wszystkiego, byleby mieć święty spokój. Czyli internet, telewizję i pracę, która nie da się nam realizować i rozwijać, ale pozwoli przeżyć… Zaraza trwała u nas już od dawna.

Sebastian Niemkiewicz

Żubr w naszych lasach

0

Wszystko możliwe, że w lasach południowej części powiatu jarosławskiego zagościł żubr. Potężny byk został zauważony pod koniec marca niedaleko Woli Węgierskiej. Niedługo po okryciu śladów zwierzęcia udało się je sfotografować. Żubr trafił pod obiektyw Macieja Susa, gdy pasł się na polu w okolicy Średniej.

Samotny byk był 20 – 30 kilometrów od Jarosławia. Trudno powiedzieć, gdzie jest teraz. Obowiązujący wcześniej zakaz chodzenia do lasu oraz obostrzenia związane z poruszaniem powodują, że mniej ludzi wychodzi poza swoje podwórka, więc trudniej zauważyć nawet żubra.

Informacje o wilkach i niedźwiedziach przebywających w naszym regionie już nikogo nie zaskakują. Czas pokaże, czy do tego grona dołączą żubry.

 

Żubry już nas odwiedzały

Zauważony na granicy powiatu jarosławskiego i przemyskiego żubr to nie pierwszy przypadek, gdy przedstawiciel największego gatunku roślinożerców w Polsce pojawił się u nas. Wprawdzie od pół wieku nie natknięto się nawet na ich ślady, ale wcześniej zanotowano co najmniej trzy przypadki pojawienia się żubra w pobliżu Pruchnika. Było to między 1965r. a 1973 r. Jeden z nich skończył się tragicznie dla zwierzęcia.

Latem 1965 r. pojawił się w naszych okolicach młody, czteroletni żubr. Podejrzewano, że szedł z Bieszczadów na Śląsk. Do Pszczyny, gdzie się urodził. Został złapany i przewieziony z powrotem w Bieszczady. Rok wcześniej ten sam osobnik w towarzystwie starszego byka przeszedł do Związku Radzieckiego, na teren dzisiejszej Ukrainy, ale niezbyt im się tam podobało, bo szybko wrócili na polską stronę.

Drugi gość pojawił się późnym latem 1971 r. – Był to samotny byk – wspomina Kazimierz Szuba, myśliwy z Roźwienicy. Był widziany w Rokietnicy, a potem przywędrował do Roźwienicy. – Nie był płochliwy. Chodził między zabudowaniami. Potem wszedł do parku. Spędził w nim cały dzień stając się atrakcją dla mieszkańców – opowiada pan Kazimierz, który był świadkiem wizyty króla puszczy. Wspomina jak żubr wszedł do jeszcze niewykończonej stodoły i dość poważnie ją zniszczył. Możliwe, że przestraszył się ograniczonego pomieszczenia.

W Roźwienicy nie zabawił zbyt długo. Ruszył na południe. Chwilę spędził w Węgierce, a potem wszedł do lasu między Węgierką a Pruchnikiem. Tam zatrzymał się na dłużej. Jako miejsce postoju obrał sobie okolice przysiółka Pruchnika zwanego Korzenie. Na początku był atrakcją, a później zaczął być odbierany jako uciążliwy sąsiad. Podjadał buraki. Dobierał się nawet do zakopcowanych już na zimę ziemniaków. Można go było spotkać w pobliżu pasących się krów. Nie dokuczał im, ale u rolników budził obawy. Rolnicy mieli już dość uciążliwego sąsiada, tym bardziej, że mijały prawie dwa tygodnie, a żubr ani myślał się zabierać. Wtedy pojawiła się informacja, że za schwytanie żubra nadleśnictwo wypłaci nagrodę w wysokości 20 tys. zł. Na owe czasy była to dość spora suma, więc chętni się znaleźli i choć wieść o nagrodzie była plotką, to zaczęli się przymierzać do złapania króla puszczy.

– Rankiem 26 września 1971 r. żubr objadał się burakami na polu rolnika z Korzeni. Zauważyli to jego sąsiedzi. Wspólne postanowili go schwytać i odprowadzić do nadleśnictwa – mówi pan Kazimierz, który zebrał informacje o losach żubra i opublikował je w Łowcu Galicyjskim we wrześniu 1994 r. W artykule „Król puszczy w Pruchniku” bazuje na relacjach świadków, bo dokumenty związane z tragicznym zakończeniem chwytania żubra już wtedy zostały zniszczone.

 

Żubr schwytany na lasso

Do złapania żubra zebrało się sześciu gospodarzy. – Zrobili z liny pętlę. Coś w rodzaju lassa i o godz. 7 rano podeszli do żerującego żubra. Zarzucili mu ją na łeb. (…) mocując się z nim i popędzając zaczęli prowadzić w stronę Pruchnika. Matka właściciela buraków poboegła na skróty i zawiadomiła leśniczego, że żubr został schwytany. (…) Rolnicy przeszli z żubrem około pół kilometra. Wycieńczeni postanowili przywiązać zwierzę do gruszy stojącej nad stromym uskokiem. – opisuje pan Kazimierz. Byk szarpał się. W końcu rzucił się z dół pochyłości i zawisnął na linie. Rolnicy rzucili się, by odpiąć pętlę zaciskającą się na szyi zwierzęcia. Niestety lina pod ciężarem ważącego koło 900 kilogramów żubra nie dała się popuścić. – W taki to tragiczny sposób „król puszczy” zaznaczył po wsze czasy swoją obecność w Pruchniku – podsumowuje K. Szuba. Tusza przeleżała cały dzień. Dopiero wieczorem żubra wypatroszono. Pół tony mięsa, które zdążyło się już zaparzyć przekazano do utylizacji. Łeb, skórę i kompletny kościec przekazano naukowcom. „Łapaczami” zajęła się milicja. Sprawa trafiła do sądu. W lutym 1972 r. wszyscy zostali uniewinnieni. Od wyroku wydanego przez Sąd Powiatowy w Jarosławiu odwołał się prokurator. W czerwcu tego samego roku Sąd Wojewódzki w Rzeszowie podtrzymał wyrok uznając tym samym, że nie doszło do kłusownictwa. Ważnym argumentem było to, że natychmiast po złapaniu zwierzęcia został zawiadomiony leśniczy.

 

Kolejny żubr

Dwa lata później w okolice Pruchnika zawitał drugi żubr. – Był mniejszy od tego, który tragicznie zginął. Jego obecność potwierdzają mieszkańcy przysiółka Pruchnik – Korzenie i Kramarzówki. Można uznać, że po latach ludzie mylą go z tym, który był dwa lata wcześniej. Jednak zebrane informację potwierdzają, że o pomyłce nie może być mowy – zapewnia pan Kazimierz potwierdzając to opisem zdarzenia, w którym uczestniczył myśliwy, ówczesny komendant posterunku milicji w Pruchniku.

Zapadał zmrok. Księżyc wschodził nad horyzontem. W pewnej chwili zaczęły trzaskać gałęzie. Pomyślał, że wychodzi na niego cała wataha dzików – tak pan Kazimierz opisuje wspomnienia myśliwego, który przy „Spalonej Wierzbie” zasiadł na czarnego zwierza. – Wreszcie zza ściany lasu wyłania się cos niesamowicie dużego. Nie dzik ani jeleń. Nie wierzy własnym oczom. To jednak nie zjawa. Dwadzieścia metrów od niego stoi żubr i obgryza koniczynę. Jeśli jest żubr to dziki nie przyjdą, więc cała zasiadka na nic – myśli i próbuje byka wypłoszyć. Król puszczy nie reaguje. Nie ma zamiaru zwolnić miejsca dla dzików. Myśliwy rzuca w niego kawałkami ziemi. W końcu żubr powoli odchodzi. Kieruje się do porośniętych krzakami wąwozów biegnących w stronę Pruchnika. Dziki tego dnia nie wyszły i zasiadający na nie wraca około północy do domu – opisuje pan Kazimierz.

Od progu wita go z pretensjami żona. Jest zdenerwowana, bo on siedzi sobie po nocach w lesie a koło domu kręcił się jakiś potężny zwierz do krowy podobny tylko dwa razy większy. – Pół godziny stał między pomiędzy domem i stodołą. Potem na szczęście sobie poszedł – relacjonuje kobieta. Rankiem myśliwy sprawdza tropy i uzyskuje potwierdzenie, że jego obejście odwiedził król puszczy. Później dochodzą słuchy, że żubra widziano w pobliżu okolicznych miejscowości.

Potężny zwierz do krowy podobny najprawdopodobniej odwiedził okolice Pruchnika i potem powrócił w Bieszczady.

Populacja bieszczadzkich żubrów z roku na rok się powiększa. Dlatego możemy się spodziewać, że coraz częściej będą one szukać dla siebie nowego miejsca. Dzisiaj w Bieszczadach żyje ponad 550 sztuk, a strategia ochrony żubra z 2007 roku określała maksymalną liczebność tego gatunku w Bieszczadach na 400 osobników.

Zobaczymy, czy żubr zaobserwowany pod koniec marca na granicy powiatu jarosławskiego i przemyskiego był tylko wędrowcem, czy może poszukującym dla siebie nowego miejsca.

Erka

Fot. Maciej Sus/maciejfotograf.pl

 

 

 

Jak chorować to tylko w Wietnamie – Kijanka w Wietnamie cz. 15

0

Wszyscy wiemy, jak to jest z azjatyckimi chorobami. Najpierw ktoś je dziwne zwierze, potem wszyscy muszą chodzić z zakrytą facjatą. Założę się jednak, że niewielu z Was miało możliwość sprawdzić, jak wygląda azjatyckie leczenie. Mnie się to udało i przyznam, że było szybko i skutecznie.

Mój organizm cechuje się wyjątkowym zamiłowaniem do chorób dróg oddechowych. Najbardziej lubi zapalenia oskrzeli zyskiwane przy różnych okazjach. Trudno było więc oczekiwać, że uda mi się przeżyć 100 dni podróży w szczęściu i zdrowiu.

Tabletki posortowane. Jeden woreczek na rano, drugi na wieczór. Pudełko? Ulotka? A po cholerę to pacjentowi? Farmaceuta ma wiedzieć. Pacjent ma ufać.

Upał i szał, z jakim Azjaci używają klimatyzacji, był wystarczającą zachętą. Moje zdrowie pokonało moją przywiezioną z Polski apteczkę i stało się jasne, że organizm tak dobrze bawi się z nowym chorobowym przyjacielem (paskudny kaszel, do którego dołączyła wysoka gorączka), że będę potrzebował solidniejszych leków.

Sytuacja stała się na tyle poważna, że musiałem przerwać gonitwę od delty Mekongu w stronę najdalej wysuniętego na południe punktu Wietnamu i wylądowałem w Ca Mau. Tam postanowiłem szukać ratunku. Pojechałem do wietnamskiej apteki.

Problem w tym, że Ca Mau nie jest najbardziej turystycznym miastem świata. Musiałem pokazowo kaszlać, żeby nakreślić obraz sytuacji zdrowotnej aptekarce, która nie znała angielskiego.

Kaszlanie zrozumiała. Trudniej zrobiło się, kiedy negocjowaliśmy między syropem a poważnymi tabletkami, na poważną dolegliwość.

Chodzi o to, że ja nie bardzo lubię kalambury. A pokazywanie, że mam wysoką gorączkę i chcę antybiotyk, jest trudniejsze niż kaszlanie.

Z odsieczą przyszedł internetowy słownik i nastoletnia córka aptekarki. Wspólnie udało się osiągnąć porozumienie.

Podczas przygotowywania leków aptekarka zadała mi jednak jakieś pytanie. Na co ja zastosowałem metodę wypracowaną podczas codziennego zamawiania jedzenia. Tam, gdzie nie mówiono po angielsku, używałem wietnamskich nazw dań, których już się nauczyłem. Jeśli zadawali dodatkowe pytania, udawałem że rozumiem wietnamski i przytakiwałem. Działało świetnie, czemu miałoby teraz nie zadziałać?

Po moim potwierdzeniu uczynna Wietnamka przygotowała mi leki w 6 osobnych woreczkach. Po jednym na rano i wieczór, na 3 kolejne dni. W każdym woreczku dostałem po 3 tabletki wycięte z listka i po 2 wywalone całkiem nawet bez tej ostatniej części opakowania. Trochę mnie to zdziwiło…

Wróciłem do hotelu i zacząłem się zastanawiać, co ja właściwie przyjmę? Z dwoma lekarstwami poszło nieźle. Jeden to antybiotyk stosowany zarówno przy zapaleniach dróg oddechowych, jak i dróg moczowych. Kompleksowe działanie – podoba mi się to!

Zastosowanie drugiego leku miało bardziej mroczną naturę. „Stosowany głównie w leczeniu nowotworów złośliwych” – tak pisał internet. Gruby kaliber. Widocznie kobieta poważnie potraktowała mój kaszel i gorączkę.

Trzeci lek dostałem chyba w związku z moimi zdolnościami pokazywania haseł „gorączka” i „chcę antybiotyk”. Język ciała powiedział więcej, niż chciałem odkryć i dostałem lek na zaburzenia psychiczne.

Nazw i zastosowań dwóch pozostałych leków nie udało mi się poznać (to te tabletki bez opakowań i bez nazwy). Jedne zdaje się, były ziołowe. Pewnie chciała mnie kobieta dodatkowo uspokoić.

Wiem za to, że kuracja złożona z wietnamskiej mieszanki szybko postawiła mnie na nogi i po dniu spędzonym w łóżku, mogłem już jechać dalej.

I niby koniec historii, ale tak sobie teraz myślę: dwa tygodnie po tym, jak przebywałem na granicy z Chinami, zaatakowała mnie choroba dróg oddechowych, której towarzyszyła wysoka gorączka. Coś mi to przypomina…

W każdym razie: nieważne co Was dopadnie. Jeśli chcecie szybko wyzdrowieć, szukajcie aptekarki z Ca Mau.

 

Bartłomiej Kijanka