PIŁKA NOŻNA – III LIGA: Trzecioligowy KS Wiązownica mocno wzmacnia się przed drugą rundą rozgrywek. Ostatnio zespół spod Jarosławia pozyskał byłego gracza Legii Warszawa – Wojciecha Trochima. Wiosną w zespole beniaminka III ligi zagra też syn Bogdana Zająca – Michał.
Wojciech Trochim to 31-letni doświadczony pomocnik, który ostatnio występował w KSZO 1929 Ostrowiec Świętokrzyski. W KSZO rozegrał 19 spotkań ligowych, w których dziesięciokrotnie wpisał się na listę strzelców. Wcześniej występował w Mazovii Mińsk Mazowiecki, AON Rembertów, Legii Warszawa, Dolcanie Ząbki, Bałtyku Gdynia, Sandecji Nowy Sącz, Warcie Poznań, Zagłębiu Lubin, Kolejarzu Stróże, Podbeskidziu Bielsko-Biała, GKS-ie Tychy, GKS-ie Katowice oraz Chojniczance Chojnice. Do Wiązownicy trafił ponadto 19-letni Michał Zając, wychowanek Wisły Kraków, który w sezonie 2018/19 przeniósł się do Puszczy Niepołomice, debiutując w niej w I lidze w wygranym 2-1 meczu z Wigrami Suwałki. Michał Zając jest synem Bogdana, wychowanka JKS-u Jarosław, byłego asystenta trenera reprezentacji Polski, obecnego szkoleniowca Jagiellonii Białystok.
Wcześniej KS Wiązownicę zasilili Mirosław Kmiotek i Grzegorz Janiczak. Testowany jest jeszcze Kolumbijczyk Arleison Martinez.
Choć od lat mieszka w Stanach Zjednoczonych, nadal czuje się mocno związany z Kańczugą, z której pochodzi. Ostatnio w jego głowie zrodził się pomysł na zebranie fotografii ukazujących miasto dawniej i wydania ich w formie albumu. W ciągu prawie dwóch lat zebrano już ponad 2 tys. starych zdjęć przedstawiających historię ziemi kańczuckiej.
Patryk Czerwony, bo o nim mowa, zawsze z sentymentem wraca do Kańczugi, która jest dla niego bardzo ważna, bo stąd pochodzi jego rodzina. Jak sam mówi, pomysł na zajęcie się historią Kańczugi oraz wydaniem albumu zrodził się w jego głowie podczas wizyty w waszyngtońskim muzeum, gdzie natknął się na dokumenty na temat Kańczugi w Muzeum Holokaustu oraz w Bibliotece Kongresu. Wzbudziło to jego zainteresowanie i uświadomiło, że właśnie odnajduje być może coś, co w Kańczudze zostało zapomniane.
– Szczególnie zainspirowała mnie historia emigranta z Kańczugi Abrahama Brilla, którą badałem w Bibliotece Kongresu. A. Brill w Stanach nazwany jest ojcem psychoanalityki. W jego teczkach było unikatowe zdjęcie z jego podróży do Europy w 1905 roku, gdzie pojechał na spotkanie z Zygmuntem Freundem, którego dzieła przekładał na język angielski. Odwiedził wtedy swoją rodzinę w Kańczudze i zrobił zdjęcie obecnej ulicy Mickiewicza. Zdjęcie jest fantastyczne ze względu na przedstawiony strój mieszkańców, ich ekspresję, drewnianą zabudowę miasta, starą fasadę kościoła – opowiada P. Czerwony. To zdjęcie jest jednym z najstarszych w dotychczasowych zbiorach.
Pomysłodawca albumu złożył nawet wniosek o nadanie honorowego obywatelstwa doktorowi Bryllowi, ale niestety został on odrzucony na sesji Rady Miasta.
Wspólnie stwórzmy album
Według pomysłodawcy, najcenniejsze zdjęcia znajdują się w albumach naszych babć, często schowane na strychu, czy w szufladzie. Przy okazji takie poszukiwania są okazją do rozmów o historii rodziny, zacieśniania więzi.
– Jednym z narzędzi do zbierania fotografii jest też strona na Facebook’u „Instytut Historii Miasta Kańczugi”, gdzie wrzucamy część zdjęć – informuje nasz rozmówca dodając, że strona przekształciła się w swoisty most, łączący Kańczugę z Diasporą. Wysyłane zdjęcia pochodzą m.in. od mieszkańców Śląska, Pomorza, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, a nawet Australii. Jak podkreśla, albumu nie tworzy sam. Jest to wspólne dzieło lokalnych pasjonatów historii w tym Anny Swojak, zakładu fotograficznego państwa Albert oraz mieszkańców – zarówno obecnych jak i tych, którzy rozjechali się w różne strony świata.
Oddać cześć przodkom
– Stare, czarno-białe, fotografie są wyjątkowe. Pokazują ludzką naturę, charakter i emocje. Nasz album będzie podróżą w czasie do starej Kańczugi i jej okolicy. Pokaże codzienne życie mieszkańców. Zdjęcia które dotąd otrzymaliśmy przedstawiają najważniejsze momenty w dziejach Kańczugi. Są to portrety żołnierzy walczących o wolność, burmistrzów „budujących” nasze miasteczko, księży udzielających sakramentów, nowożeńców zakładających rodziny i robotników, którzy ciężką pracą pozwalali na rozwój naszej małej ojczyzny – mówi P. Czerwony, który uważa że uczucia i relacje zawarte na starych fotografiach mogą stać się przykładem i lekcją dla przyszłych pokoleń.
Zdjęcia można przekazać poprzez zeskanowanie w Zakładzie Fotograficznym Państwa Albert przy ulicy Św. Barbary 3 w Kańczudze. Kopie zdjęć zrobione aparatem lub telefonem można też przesłać na adres: WielkiAlbumKańczugi@gmail.com
Mija rok odkąd miejscy radni podjęli decyzję o nieodpłatnym przejęciu w wieczyste użytkowanie działki od PKP. Chodzi o ulicę wzdłuż torów kolejowych, na którą skręca się w lewo, wjeżdżając na teren dworca PKP. Zgodnie z planami włodarzy miasta ma tam powstać tzw. Centrum Przesiadkowe, ale jak się okazuje droga do tego jeszcze daleka.
Póki co na planowanym terenie „centrum” stoi mała wiata przystankowa, dla podróżujących busami. – Nie dość, że na tle wyremontowanego dworca wygląda to kiepsko, to jeszcze miejsce jest dość niefortunne. Jest tu też wjazd na parking MOPS-u, a tuż obok wjazd i wyjazd z parkingu PKP. Kierowcy busów muszą nawracać, a kiedy w tym samym czasie jest ich dwa lub trzy pojazdy, tworzy się zator. Sama wiata jest zbyt mała i w czasie deszczu część czekających musi stać w deszczu – komentuje nasz czytelnik.
– Projekt uruchomienia Centrum Przesiadkowego wymaga długotrwałej realizacji i bardzo wielu działań. Jesteśmy obecnie na etapie przejmowania terenów od PKP pod tę inwestycję. Pozyskanie jednej z działek jest utrudnione z uwagi na to, że łączy się ona z działką głównego torowiska i jest strategiczna zarówno dla PKP, jak i celów wyższego znaczenia – mówi burmistrz Waldemar Paluch. – Bardzo ważny krok, który już poczyniliśmy w kierunku realizacji inwestycji, to uzyskanie zgody Ministra Infrastruktury oraz Głównego Prezesa PKP, w wyniku czego będziemy wykonywali na koszt Miasta podział działek z wyłączeniem tej, o której mówiłem, a następnie wystąpimy o przejęcie i wykup terenu. Jednak nie sposób określić czasowo, ile czasu zajmą te działania – dodaje W. Paluch.
Pojawia się tam jeszcze problem z nawierzchnią, która jest w opłakanym stanie. – Jak już pozyskamy tereny od PKP, zajmiemy się również remontem nawierzchni. Dalsze szczegółowe działania będziemy wdrażali po kolei, po uzyskaniu własności terenu. W dalszych etapach działań zamierzamy też docelowo zlikwidować przystanki usytuowane obecnie na ul. Poniatowskiego i ul. Galika – tłumaczy burmistrz Paluch. Miasto planuje też przenieść w to miejsce zajezdnię MZK. – Jest, to zależne od pozyskania dofinansowania, o które się staramy w wysokości ok. 10 mln euro z tzw. Funduszów Norweskich. Co ważne, kwota ta umożliwiłaby również zakup nowych autobusów – kończy włodarz Jarosławia.
Założony w 2002 roku czterogłosowy chór mieszany „Veritas” z Nowosielec odnosi spore sukcesy.
Na początku działał przy szkole w Nowosielcach, a obecnie jako jednostka artystyczna Gminnego Ośrodka Kultury w Przeworsku. Przez 18 lat skład chóru ulegał znacznym przeobrażeniom. Początkowo tworzony był wyłącznie przez uczniów szkoły, aktualnie składa się z trzydziestu członków z Nowosielec i okolic. Dyrygentem jest Tomasz Piątek.
Obecnie repertuar chóru skoncentrowany jest głównie na tematyce sakralnej i patriotycznej, choć często przenika w różnorodną gatunkowo muzykę świecką. „Veritas” ma na swoim koncie wiele sukcesów na regionalnych i ogólnopolskich konkursach a także międzynarodowych festiwalach muzycznych. Podczas tegorocznego 6. Międzynarodowego Festiwalu Kolęd i Pastorałek w Kalwarii Pacławskiej, zdobył II miejsce. Doceniony został także podczas VIII Międzynarodowego Festiwalu Kolęd i Pastorałek w Rzeszowie, zorganizowanego przez Studium Muzyki Liturgicznej w Rzeszowie, gdzie został nagrodzony Srebrnym Dyplomem.
– Teren jest nieogrodzony, wokół znajdują się pola. Dlaczego przez tyle lat nikt nic z tym nie zrobił – mówi o cmentarzu „cholerycznym” w Przeworsku nasza Czytelniczka. Starostwo tłumaczy, że sprawa nie jest taka prosta.
Chodzi o dawny cmentarz przy ulicy Pod Chałupkami, na którym niegdyś chowano osoby chore na cholerę, stąd jego potoczna nazwa. – Rolnicy pracując na przyległych polach podjeżdżają aż pod same drzewa, pośród których znajduje się tablica upamiętniająca spoczywających – zwraca uwagę mieszkanka Przeworska i jednocześnie zadaje pytanie, czy tego miejsca nie można ogrodzić. – Działka przy ul. Pod Chałupkami, na której zlokalizowany jest cmentarz, jest własnością Skarbu Państwa, w którego imieniu zarząd nad gospodarowaniem pełni Starosta Przeworski. Mając na uwadze stan własności nieruchomości wszelkie sprawy związane z utrzymaniem oraz ewentualnym nowym zagospodarowaniem cmentarza należą do obowiązków właściciela – wyjaśnia Agnieszka Zakrzewska, sekretarz Miasta Przeworska. Jak informują w starostwie wcześniej nikt nie zgłaszał takiej potrzeby, a ewentualna realizacja ogrodzenia nie jest taka oczywista.
– Cmentarz choleryczny w Przeworsku przy ul. Pod Chałupkami jest wpisany do Gminnej Ewidencji zabytków Miasta Przeworska. Otwarta przestrzeń tego cmentarza funkcjonuje od czasów jego powstania. Do chwili obecnej nikt nie zgłaszał uzasadnionej potrzeby izolacji tego terenu. Podjęcie wszelkich działań inwestycyjnych na tym obszarze wymaga uzgodnienia z konserwatorem zabytków. Kwestia celowości ogrodzenia tego terenu jest otwarta – wyjaśnia Joanna Mordarska, naczelnik Wydziału Oświaty, Kultury, Promocji i Ochrony Zdrowia w Starostwie Powiatowym w Przeworsku.
W sobotę, 6 lutego, policjanci pracowali na miejscu zdarzenia drogowego, do którego doszło po godz. 15 w miejscowości Tryńcza.
Ze wstępnych ustaleń wynika, że kierujący Volkswagenem Polo 62-letni mieszkaniec woj. śląskiego nie dostosował prędkości do warunków panujących na drodze, wpadł w poślizg i dachował w rowie. Kierowca volkswagena podróżował sam, był trzeźwy. Nie odniósł obrażeń ciała. Został ukarany mandatem karnym.
W miniony piątek Polacy tłumnie rzucili się do jednej z sieci dyskontów, która zaskoczyła niecodzienną promocją na piwo. Do kas przez cały dzień ustawiały się tłumy z wózkami wyładowanymi całymi kartonami objętych promocją piw. W jednej z kolejek wyróżniał się jeden z klientów, który nie miał nawet koszyka. Ograniczył się jedynie do jednej butelki, za to wysokoprocentowej. Stan pana wskazywał, że był już na innym poziomie konsumpcji, niż pozostali stojący w kolejce.
Z jednej strony może wydawać się smutne, że taka promocja cieszy się większą popularnością niż te na masło czy cukier, przy których wcześniej też dawało się zauważyć, jak wychodzą z nas pierwotne instynkty. Z drugiej strony to, że ludzie kupowali tyle piwa na raz nie znaczyło, że większość z nich przepije swoje promocyjnie upolowane zakupy w ciągu weekendu. Choć faktem jest, że jako społeczeństwo pijemy coraz więcej alkoholu. Rzecz w tym, by robić to z głową.
Okazało się, że styczniowa bestia ze wschodu była jedynie preludium przed tą, która nadeszła teraz. Lutową anonsowały nawet alerty RCB, które niektórzy szczęśliwcy otrzymali SMS-ami nawet w liczbie kilkunastu. Zawsze lepiej być ostrzeżonym o jeden raz więcej, niż mniej.
Długo oczekiwana piątkowa konferencja rządu przyniosła m.in. warunkowe otwarcie hoteli, kin i basenów. Restauracje i kluby fitness nadal mają pozostać zamknięte. Jeden z doradców premiera stwierdził nawet, że hantle nie są drogie. Można je przecież kupić i ćwiczyć samemu w domu, bez konieczności wizyty w siłowni.
Możliwość otwarcia kin tuż przed walentynkami niby powinna cieszyć, nikt z decydujących o luzowaniu obostrzeń nie przewidział jednak, że kina potrzebują więcej czasu na otwarcie – na rozmowy z dystrybutorami by zapewnić repertuar, czy promocję danych tytułów, która w normalnym czasie trwa przynajmniej kilka tygodni przed premierą. Jedna z ogólnopolskich sieci już zapowiedziała, że nie jest w stanie w ciągu tygodnia logistycznie przygotować się do otwarcia, tym bardziej bez gwarancji, że po dwóch tygodniach znów ich nie zamkną.
Jeśli więc będziemy chcieli obchodzić święto zakochanych, pozostaje wznieść się na wyżyny własnej kreatywności. Standardowy zestaw z kinem i kolacją w restauracji tym razem nie przejdzie.
Mimo zakazu część właścicieli otwiera swoje restauracje w różnych rejonach Polski. W powiecie jarosławskim i przeworskim jak dotąd takiego przypadku jeszcze nie było, ale wszyscy wypowiadają się w podobnym tonie – ledwo dychamy! W podobnej sytuacji są hotele i kluby fitness, czyli branże, które musiały, bądź nadal muszą być zamknięte ze względu na pandemię koronawirusa.
W ramach określonego reżimu sanitarnego od 12 lutego do 26 lutego warunkowo otwarte zostaną hotele, stoki, kina, teatry, baseny. – Nowe zasady będą obowiązywały na razie przez dwa tygodnie – poinformował w ubiegły piątek premier Mateusz Morawiecki. Oznacza to, że restauracje nadal mogą działać tylko w dostawie i na wynos. Zamknięte muszą być siłownie i kluby fitness.
– W marcu minie rok, z krótką przerwą, jak jesteśmy zamknięci. – tłumaczy Hubert Hołowaty, jarosławski przedsiębiorca
– W marcu minie rok, z krótką przerwą, jak jesteśmy zamknięci. Przychody mojej jednej firmy spadły o połowę, drugiej o 80%. Musieliśmy zredukować liczbę pracowników o 35 procent. W przypadku usług cateringowych jak wesela, przyjęcia okolicznościowe, plenery – to praktycznie nie istnieją. Podobnie jest z naszą, otwartą zaraz przed lockdownem, restauracją. Podsumowując – w tych obszarach naszej działalności jest bardzo, bardzo źle. Nieco lepiej jest w żywieniu zbiorowym, czyli części firmy, która zajmuje się stołówkami pracowniczymi. Są mocno okrojone – zwolnienia w firmach i praca home office, ale jakoś funkcjonują. Aktualnie składamy wniosek o dotację z PFR i czekamy na pozytywne jego rozpatrzenie. Restauracji nie otworzymy przed oficjalną decyzją rządu, ponieważ nie otrzymalibyśmy dotacji, o którą walczymy, a nawet jest bardzo duże ryzyko odebrania wcześniejszych. Niestety wielu zdesperowanych restauratorów i hotelarzy w Polsce otwiera się, dlatego że mają zapewne wpisane niewłaściwe PKD uprawniające do skorzystania z tarczy – jest to totalny absurd na miarę dzisiejszych czasów – tłumaczy Hubert Hołowaty, jarosławski przedsiębiorca, współwłaściciel Restauracji Garnizon Smaków oraz firmy Otylya Catering.
Trudno mówić o perspektywach
– Gdyby nie fakt, że od dłuższego czasu mieszkają u nas pracownicy jednej z firm, która w naszym rejonie wykonuje prace wiertnicze już byśmy padli. Jest naprawdę ciężko. Nie ma gości hotelowych, nie ma imprez weselnych i innych spotkań towarzyskich. Udało się nam utrzymać załogę, obyło się bez zwolnień, ale nie wiemy jak długo tak jeszcze wytrzymamy. Trzeba płacić ludziom, trzeba robić opłaty za gaz, wodę, prąd – podkreśla Marek Poździk, współwłaściciel Hotelu Piast w Tuczempach.
– Hotel zamknięty. Restauracja działa tylko na wynos. Gości nie przyjmujemy – słyszymy dzwoniąc do recepcji jednego z przeworskich hoteli. Udaje się nam porozmawiać z osobą odpowiedzialną za firmę. Przyznaje, że jest bardzo ciężko, ale nie myśli o obejściu obostrzeń i otwarciu działalności w pełnym zakresie. Liczy, że w miarę szybko zostaną poluzowane obostrzenia. – Myślę, że przetrwamy, chociaż trudno planować, bo nie mamy wpływy na sytuację – mówi dodając, że jak na razie udało się utrzymać pełne zatrudnienie. Nikt nie poszedł na bezrobocie, ale o jakichkolwiek zyskach trzeba było zapomnieć.
– Z dwóch restauracji musieliśmy jedną zamknąć. Była nastawiona głównie na organizowanie imprez i klientów stacjonarnych. Pracownicy poszli do domu. Druga oferuje dania na wynos lub je dowozimy. Przychody są na poziomie 20 – 30 procent w stosunku do tych z przed pandemii. Zysku nie ma. Mimo to trzymamy się zalecanych obostrzeń – mówi współwłaściciel dwóch przeworskich restauracji. Woli, by nie określać, o które chodzi. – Jakoś funkcjonujemy, ale bardzo trudno mówić o perspektywach. W tej sytuacji nie można nic zaplanować. Decyzje zapadają z dnia na dzień. Jest niewesoło – dodaje.
– Dobrze, że w naszym regionie nikt jeszcze nie ogłosił upadłości – podsumowuje jeden z rozmówców.
Na skraju bankructwa jest też wiele siłowni i klubów fitness. Polska Federacja Fitness (PFF) ogłosiła nie tak dawno, że z powodu trudnej sytuacji finansowej, mimo obecnych obostrzeń, 1 lutego część klubów fitness i siłowni miała zostać otwarta. Jak poinformowano, ma obowiązywać w nich reżim sanitarny, m.in. limit 12 metrów kwadratowych na osobę, pomiar temperatury, czy ograniczenia wejść dla osób z grup ryzyka. Tymczasem jedna z jarosławskich siłowni przekazała na swoim oficjalnym profilu facebookowym, że zamierza umożliwić treningi swoim klubowiczom. Zgodnie z obowiązującymi obecnie przepisami, w klubach trenować mogą jedynie członkowie kadry narodowej lub reprezentacji olimpijskiej, sportowcy zawodowi oraz członkowie klubów sportowych pobierający stypendium. By dostosować się do obowiązujących zasad nawiązano więc współpracę z międzynarodową organizacją i polskim związkiem sportowym. Deklarowana jest pomoc w uzyskaniu licencji oraz deklaracji zawodniczych, by można było ćwiczyć w komfortowych, bezpiecznych i przede wszystkim legalnych warunkach.
Właściciele zwracają uwagę, że dokuczliwe jest pozbawienie ich możliwości zaplanowania z kilkudniowym wyprzedzeniem, ponieważ decyzje na szczeblu rządowym są podejmowane z marszu. Kolejny problem, to przedłużanie zamknięcia i często niezrozumiałe, a nawet nielogiczne zarządzenia. Wszyscy liczą na konkretne poluzowanie. Inaczej przyjdzie im się zmierzyć z widmem upadku, bądź radykalną zmiana usług.
W podziemiach jarosławskiej Kolegiaty powstanie galeria XVIII wiecznych rzeźb Tomasza Huttera, wybitnego rzeźbiarza i malarza, który przed wieloma laty tworzył w Jarosławiu.
Prace remontowo-budowlane w podziemiach kruchty kościoła pw. Bożego Ciała w Jarosławiu rozpoczęły się w 2019 roku. Wówczas udało się m.in. wykonać przejście do podziemi. Wcześniej trzeba było przebić ponad metrowy mur, wywieźć znaczne ilości ziemi oraz zabezpieczyć doczesne szczątki pochówków. Prace warte blisko 150 tys. zł udało się zrealizować dzięki dofinansowaniu Burmistrza Miasta Jarosławia (50 tys.), Marszałka Województwa Podkarpackiego (30 tys.) oraz Parafii Bożego Ciała (75 tys.). W 2020 roku dzięki dofinansowaniu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego (200 tys. zł) oraz środkach parafii (100 tys. zł) prace zostały wznowione. Udało się wykonać częściowe podbicia murów, które są równocześnie fundamentem kościoła oraz czyszczenie i piaskowanie cegieł, a także fugowanie i impregnację ceglanych murów. Naprawiono także przypory pilastrów ścian wzmacniających konstrukcję murów.
Pod koniec listopada ubiegłego roku miejsce prac remontowych odwiedził ks. abp Adam Szal.
Nowe pomieszczenie, w którym obecnie prowadzone są prace zostanie przeznaczone na galerię XVIII wiecznych rzeźb Tomasza Huttera, które dotąd ze względu na umiejscowienie są niedostępne do zwiedzania. W miejscu, w którym teraz znajdują się rzeźby zostanie stworzona jadalnia przy nowo powstającej kuchni obok świetlicy.
Tomasz Hutter, którego rzeźby znajdują się w jarosławskiej Kolegiacie urodził się 28 grudnia 1696 roku w Bawarii. W latach 1736-37 prowadził warsztat w Jarosławiu, mieszczący się w tzw. kamienicy Orsettich. Do jego zachowanych, pewnych dzieł rzeźbiarskich należą: posągi kilkunastu świętych jezuickich (dotrwało do dziś 12 częściowo przerobionych figur) sprzed fasady kościoła jezuitów Św. Jana w Jarosławiu – ok. 1730-32 oraz drewniane rzeźby ołtarza głównego i sześciu ołtarzy bocznych w kościele bernardynów we Lwowie – 1736-40.
W jarosławskim magistracie będą podwyżki i słusznie, bo napisano w Piśmie Świętym, młócącemu wołu pyska nie zawiązuj i nie chodzi tu o oto, by mógł ryczeć tylko, by pojadł, bo pracuje ciężko. Jednak nasi szefowie myślą różnie i nie każdy zauważa konieczność zwiększenie płac, choć każdy narzeka, że ceny szybują.
Włodarze udowadniają za to, iż rozumują wielowarstwowo, a że wielu z nich z biblijnymi przypowieściami jest za pan brat, to pilnują by ten wół pyska nie otwierał, bo go wymłócą. Chociaż mądrość samorządowa głosi, że młócący może stać się młóconym i odwrotnie, bo każdy karnawał kiedyś się kończy.
Po karnawale przychodzi post. W Jarosławiu wydali kalendarz przedłużający okres umartwiania poprzez wydłużenie lutego. Normalnie ma on 28 dni. W jarosławskim kalendarzu luty ma dokładnie 5 tygodni i 35 dni, a ostatni dzień to 31. Jakby nie liczyć nic się nie zgadza, ale to miasto olśnień. Przypilnowali jednak, żeby za dobrze nie było i 27 lutego imieniny obchodzi Anastazja, a przy powtórzonej dacie świętuje Aniela. Ciekawe skąd magistrat miał przecieki, że ten rok będzie o tydzień dłuższy. W każdym razie kalendarz pokazuje, że post dla jarosławian się przeciągnie.
A post coraz bliżej. Gromnice poświęcone. Świece związane z naszą tradycją i wiarą od pokoleń stawiano w oknach podczas burzy. Miały zabezpieczać przed uderzeniem pioruna. Zapalono je także, by odpędzić nieszczęścia i złe duchy wygonić. Dzisiaj takie czasy, że gromnica powinna się bez przerwy świecić inaczej jakiś czort się przyplącze albo znowu śmieci podrożeją i na dodatek termin szczepień przesuną. Jeszcze tylko tłusty czwartek i obchodzone na cześć patrona zakochanych „walentynki”. Św. Walenty nie tylko zakochanych ma w swojej opiece. Jest także obrońcą przed ciężkimi chorobami. Szczególnie chroni przed problemami psychicznymi i epilepsją. Trudno się dziwić, bo między zakochaniem a chorobą nerwową granica cienka, a jedno i drugie może się epilepsją skończyć.
W polityce jak zwykle, a na drogach trzeba uważać, bo ślisko. W obu przypadkach warto zabezpieczyć się przed niepożądanymi skutkami. Lepiej mieć dobre buty i rozsądne myślenie.
Rozsądek każdy powinien mieć swój. Obojętnie jaki, ale własny. Problem w tym, że wielu bazuje na czyimś, a przy tym wierzy, że to jego.
Seniorzy narzekają na chaos w szczepieniach. Czują się upokorzeni, bo wychodzi, że trzeba załatwiać jak za komuny, a to tylko dbałość o ich zdrowie psychiczne. Takie były czasy, że za młodu musieli kombinować. Pozbawieni życiowych przyzwyczajeń mogą źle się poczuć. Walka z wirusem opiera się na logicznych przesłankach, a narzekają tylko myślący inaczej niż władza. Trzeba umieć myśleć, a nie tylko wrzeszczeć. Warto też wyciągać właściwie wnioski. Niestety czasem dochodzi do rozdźwięku między życiem a logiką. Jeśli podłożymy pod koło dużej ciężarówki beret i kask, to okaże się, iż pierwszy nie ucierpiał, a z drugiego zostały strzępy, choć wydawało się, że kask mocniejszy. Bo nie zawsze czarne jest czarne i odwrotnie.
– Serce smutne, gniew ustawny, myśl rzadko wesoła. Te troje żywot krócą i grzebią do doła – ostrzega ks. Adam Chmielowski w pierwszej polskiej encyklopedii wydanej dawno temu. Żyjmy więc dłużej.