Strona główna Blog Strona 247

Przeszłam przez covidowe piekło – opisuje pani Agata

0

Poruszająca opowieść o czającej się przy łóżku śmierci czyhającej na moment, by swoje zabrać. Samotności i strachu. O oddechu łapanym ostatkiem sił. Ale także o wielkiej woli życia. O trzymających z rękę nierozpoznawalnych, bo ubranych w kombinezony ludziach, którzy pomagają złapać troszkę tlenu.

 

– Pacjenci leżą pod tlenem i się duszą. Nie mają sił, by samemu załatwić podstawowe potrzeby. Personel w szczelnych kombinezonach. Trudno rozpoznać kto jest pielęgniarką, a kto lekarzem. Podchodzą do pacjentów z troską. Widać serce Nie zdarzyło się, by odmówiono wymiany pościeli, umycia, a nawet tylko potrzymania za rękę. Mimo to przychodzi osamotnienie i towarzyszący mu strach – wspomina pani Agata, 53-letnia mieszkanka Gaci w powiecie przeworskim. Spędziła na oddziale covidowym jarosławskiego szpitala dwa tygodnie.

 

Kobieta opisuje swoje zmagania z koronawirusem, które okazały się walką o życie. W ubiegły wtorek wróciła do domu. Trudno powiedzieć kiedy odzyska pełną sprawność. Rozmowę przerywa powtarzający się co kilka minut uporczywy kaszel. Dla osłabionego organizmu jest on szczególnie męczący.

– Lekarze zapewniają, że skutki choroby będą powoli ustępować. Wierzę im. Muszę wyzdrowieć – mówi. – Nie życzę nikomu, by musiał przejść taką gehennę. Mnie jeszcze tak mocno nie dopadło, ale widziałam ogromne cierpienie ludzi, którzy bezskutecznie walczyli o oddech. Widziałam poświęcenie personelu i ogromny smutek. Żeby pracować na oddziale covidowym trzeba mieć duszę otwartą na ludzkie cierpienie. Żadne słowa nie przekażą wdzięczności za to, co lekarze, pielęgniarki i reszta personelu robi dla chorych – dodaje. Pani Agata zwraca uwagę, że pacjenci nie mają kontaktu z najbliższymi i mogą liczyć tylko na pomoc personelu, a osoby poświęcające resztkę sił na złapanie oddechu różnie się zachowują. Nie zawsze są w pełni świadome sytuacji. Czują tylko, że gdzieś obok czai się śmierć. – Po dwóch tygodniach pobytu w jarosławskim szpitalu mogę powiedzieć, że czuję ogromny szacunek dla pracy całego zespołu i wdzięczność za to, co robią dla pacjentów. Mówi się, że dostają za to dodatkowe pieniądze. Zapewniam, że większość z nas nie poszłaby tam pracować za żadne wynagrodzenie – zapewnia kobieta.

 

Myślałam, że to zatrucie

– Zaczęło się od biegunki, wymiotów i temperatury przekraczającej 40ºC. Myślałam, że to zatrucie. Jakaś salmonella. Po trzech dniach doszedł kaszel i straciłam węch. Zmiana nastąpiła bardzo szybko. Jak nożem uciął. Z godziny na godzinę czułam się coraz gorzej. Temperatura nie spadała poniżej 41 ºC – opisuje pani Agata. Liczyła, że poradzi sobie z niedyspozycją pokarmową. Dzień później było jeszcze gorzej. Syn kupił test covidowy. Wyszedł pozytywny. Ranek kolejnego dnia przyniósł nasilenie choroby. -Przed południem było już tragicznie. Lekarz rodzinny skierował mnie na test covidowy. Miałam pojechać następnego dnia. Niestety. Choroba rozwijała się bardzo szybko. Saturacja spadła poniżej 90. Gorączka rosła. Córka skontaktowała się ponownie z lekarzem. Ten orzekł, że trzeba wezwać pogotowie – opowiada pani Agata. Pod numerem alarmowym usłyszeli, że zgłoszenie przyjęte, ale nie wiadomo kiedy karetka przyjedzie, bo jest pełno wezwań. – Na szczęście pogotowie pojawiło się po niecałej godzinie. Ratownicy ubrani w kombinezony podali leki przeciwgorączkowe i zrobili test. Potwierdził zakażenie. Powiedzieli, że jest wolne miejsce w jarosławskim szpitalu i tam mnie powiozą. Czułam się tak, że tylko pomyślałam, że nie przeżyję tego przejazdu. Pamiętam, że trafiłam na SOR. Robili jakieś badania. Nie bardzo kojarzyłam co się dzieje. Podłączyli mnie do tlenu i trafiłam na oddział anestezjologii i intensywnej terapii. Tam byłam jeden dzień – opisuje pani Agata walcząc z kolejnym atakiem kaszlu. Kobieta zapewnia, że to minie. Przynajmniej tak zapewniają lekarze, a problem wynika m.in. z tego, że płuca muszą się przyzwyczaić do powietrza po dwutygodniowym podawaniu tlenu.

 

Strach i samotność

Po przyjęciu do szpitala wydawało mi się, że jest bardzo źle. Wtedy już nic się nie czuje. Nie można nawet poruszyć ręką. Wszyscy byli troskliwi. Zajmowali się mną, ale jak słyszałam odgłos pracy respiratorów, to przychodził strach. Z jednej strony serdeczne podejście personelu, z drugiej uczucie, że jest się samotnym, bez bliskich. Tylko choroba się wzmaga – wspomina pani Agata.

Po dniu spędzonym na intensywnej terapii kobieta została przeniesiona na salę chorych przeznaczoną dla covidowców. Pierwsze dni kojarzą jej się z walką o oddech. Ze zmaganiami, by dojść do łazienki. By być samowystarczalnym przy zwykłych czynnościach. – Pokonanie kilku kroków do toalety wymagało więcej wysiłku niż przejście do Rzeszowa. Pielęgniarki podchodzą. Pytają, czy sobie poradzę. Oferują pomoc, a ja chcę sama, choć nogi odmawiają posłuszeństwa – mówi pani Agata.

 

Jeśli będę ostrożna, to uniknę

– Nie rozmyślałam nad koronawirusem. Ani skąd się wziął. Ani jakie objawy mu towarzyszą. Myślałam, że gdy będę uważać. Nosić maseczki i unikać większych grup, to uniknę choroby. Z całej rodziny zachorowałam tylko ja. W zakładzie pracy też nikt się nie zaraził – mówi pani Agata. Podejrzewa, że covid dopadł ją w autobusie podmiejskim w Rzeszowie. – Za mną siedział mężczyzna. Zajmował dwa miejsca i strasznie kaszlał. Myślałam, że jest pijany, a on kaszlał tak jak ja dzisiaj. Teraz głupio mi, że tak go oceniłam – wspomina. Kobieta przyznaje, że przy pandemii wychodziła z założenia przyjętego przez większości ludzi. – Myślałam, że jeśli się zarażę, to będę się bała przyznać, że mam koronawirusa, że kogoś zarażę, że ktoś będzie wściekły. Covid przyszedł sam i nie pozostawił żadnego marginesu na myślenie – dodaje.

 

Nie każdy wierzy, ale każdy trzyma się z daleka

– Spotykamy ludzi, którzy nie wierzą w koronawirusa, ale wszyscy unikają zakażonych – zauważa pani Agata. Przyznaje, że nie szczepiła się. – Mąż się zaszczepił. Bliscy też. Ja nie zdecydowałam się. Może ze względu na inne dolegliwości. Zachęty albo są nachalne lub sprowadzone do polityki. W Internecie mamy pełno informacji. Wiele z nich nie ma nic wspólnego z prawdą. Oddziałują jednak w jakiś sposób na nas. Nie ma autorytetu, który potrafiłby wytłumaczyć zwykłemu człowiekowi, jak bardzo ważna jest profilaktyka ile dają szczepienia. Większość lekarzy nie ma na to czasu. Nie wszyscy mają ochotę. Dzisiaj wiem, bo sama doświadczyłam i zaszczepię się przy najbliższej okazji – zapewnia pani Agata. Wspomina, że wśród pacjentów, z którymi się spotkała tylko jedna osoba była zaszczepiona, ale ona przechodziła chorobę znacznie łagodniej. – Jeśli ktoś twierdzi, że koronawirusa nie ma, jeśli się nie zaraził oni on ani nikt z rodziny, nikt z nich nie umarł, to niech odwiedzi pacjentów, których połowa płuc jest zajęta i każdy oddech jest walką. Niech popatrzy jak pękają żyły przy wbijaniu igły, bo organizm jest odwodniony. Niech przewinie chorego, który sam już nie jest w stanie o siebie zadbać. Niech spojrzy na stojący na stojący we wnęce wózek z czarnym workiem. To ktoś właśnie zwolnił łóżko. Możliwe, że dlatego, iż on odszedł, inny przeżyje – mówi.

 

Niszcząca choroba

– Nie wiedziałam, co to znaczy, że trzęsą się ręce. Dzisiaj trudno mi utrzymać telefon. Jesienią jeździłam rowerem z Gaci do Dynowa i z powrotem. Teraz przejście do drugiego pokoju jest wyzwaniem. Zapewniają, że to minie. Fizjoterapeuci pilnują ćwiczeń oddechowych. Płuca powoli wracają do normalnego funkcjonowania. Dwa tygodnie pracowały z pomocą tlenu – pani Agata liczy, że pozbiera się po ciężkim spotkaniu z covidem. Ma przed sobą sporo planów. – Żyję nie tylko dla siebie. Ważna jest rodzina. Jesienią będzie ślub córki. Potem spodziewam się wesela syna. Mam wnuczki. Wiele jeszcze przede mną – zapewnia.

Mieszkanka Gaci poradziła sobie z koronawirusem. Pomogła ogromna wola życia, ale przyznaje że bez pomocy personelu szanse byłyby znikome. – Chorzy na covid zostają sami. Tylko na lekarzy i pielęgniarki mogą liczyć. Pamiętam, jak po kilku dniach pobytu w szpitalu przyszła pani w kombinezonie i oznajmiła z radością, że udało się jej zdobyć taki specjalny czepek do umycia głowy. Niby drobna sprawa, ale dla leżącego z wysoką temperaturą i ciągle spoconego, starającego się utrzymać przy życiu, staje się czymś istotnym. Poczułam się jak po wizycie w najlepszym spa. Nie rozumiem dlaczego w szpitalu brakuje takich czepków, a zdarza się, że nawet papieru toaletowego, a w tym samym czasie organizuje się Sylwestra Marzeń kosztującego miliony – mówi pani Agata, przyznając że poradziła sobie, ponieważ w miarę szybko trafiła do szpitala. – Cały czas podkreślano na oddziale, że bardzo ważne jest wczesne zgłoszenie się do lekarza czy szpitala. Powtarzali, że gdybym trafiła do nich dzień później, byłoby już po mnie – zaznacza.

 

Życzliwość jest ważna

Pani Agata podkreśla, że chorzy na covid mogą liczyć tylko na pomoc personelu. Nawet w drobnych czynnościach nie są samodzielni. Nigdy jej nie odmówiono wsparcia. Spotkała się z życzliwością, sercem i rzetelnym podejściem do ratowania chorych. – Chciałabym im podziękować. Myślę, że zwrócenie uwagi na ich pracę znaczy więcej niż kwiaty wręczone przy opuszczaniu szpitala. Ci ludzie poświęcają część siebie i za to należy im się szacunek – mówi.

erka

 

Ponad 15 kg mniej i to jeszcze nie koniec!

0

W tym tygodniu przedstawiamy pana Szymona, który dzięki swojej determinacji i silnej woli już dziś może się cieszyć lepszym samopoczuciem. Bohater tej metamorfozy od początku sumiennie realizował założenia diety i wierzył w swój sukces. Pomimo że to nie koniec kuracji, bo jeszcze zamierza on zrzucić kilka kilogramów, to już dziś należą się wielkie gratulacje i zapraszamy do przeczytania, krótkiego wywiadu z panem Szymonem.

Co skłoniło Pana do podjęcia kuracji w Centrum Dietetycznym Projekt Zdrowie?
Oczywiście głównie nadwaga. Nie była ona jakaś straszna, ale wystarczyło, żebym odczuwał przez to dyskomfort w codziennych obowiązkach. Muszę też przyznać, że duży wpływ na moją decyzję miało zaproszenie na ślub kuzynki, co uświadomiło mi, że nie mieszczę się w garnitur.

Czy zmiana diety i wprowadzenie nowych nawyków żywieniowych, było dla Pana trudne do zrealizowania?
Nie, właśnie nie było w tym nic trudnego. Tak naprawdę wszystko poszło bardzo płynnie. Praktycznie nie zauważyłem żadnych drastycznych zmian w tym, co jem czy pije.

Co się zmieniło u Pana w trakcie odchudzania?
Tu muszę powiedzieć, że zmian jest bardzo dużo! Przede wszystkim dużo lepiej sypiam – przestałem chrapać. Wolniej się męczę i mam o wiele lepsze samopoczucie na co dzień. Przedtem ciężko było mi nawet pójść na krótki spacer, bo od razu była myśl „już nie mam siły”.

Jak się Pan czuje w nowej odsłonie?
Czuje się bardzo dobrze, w szczególności z samym sobą, co chyba jest najważniejsze dla zdrowia psychicznego. Patrząc w lustro widzę, że warto.

Czy jest Pan zadowolony z efektów kuracji i współpracy z Panią dietetyk ?
Z efektów kuracji jestem bardzo zadowolony, zwłaszcza że teraz mam dużo więcej siły i energii do działania. Więcej mi się chcę i więcej mogę. Współpraca z panią Dietetyk jest bardzo pozytywna szczególnie dlatego, że widać dużą chęć pomocy i wielkie zaangażowanie w osiągnięciu mojego celu.

Czy jest coś, co chciałby Pan poradzić osobom, które chcą się odchudzać ?
Żeby chociaż spróbowały, zobaczyły jak to będzie, bo efekty widać bardzo szybko. Profesjonalne podejście pani Dietetyk sprawia, że nie było się czego bać.

Nie zaczynaj kolejnego roku od postanowień, umów się na darmową analizę składu ciała z naszym dietetykiem Wiolettą Cwynar już teraz i zrób mały krok do dużej zmiany!

W styczniu w gabinecie dietetycznym Projekt Zdrowie w Jarosławiu, przy ul. 3 Maja 28A wszyscy chętni mogą skorzystać z darmowej konsultacji dietetycznej.


PROJEKT ZDROWIE – POLSKIE CENTRA DIETETYCZNE
e-mail: jaroslaw@projektzdrowie.info
37-500 Jarosław
Tel. +48 662 997 776

GKS Zarzecze CUP

0

W hali sportowej GOSiR w Zarzeczu odbył się kolejny turniej piłkarski dla dzieci. Tym razem rywalizowali chłopcy z rocznika 2010. Wygrała drużyna Akademii Piłkarskiej z Jarosławia, na drugim miejscu uplasowali się gospodarze, zespół GKS Biali, a na trzecim jarosławski Progres.

 

O końcowym triumfie AP Jarosław zdecydował ostatni mecz z GKS-em Zarzecze Biali, który jarosławianie wygrali 2-0. Na zakończenie odbyła się ceremonia wręczenia pucharów oraz wyróżnień indywidualnych. Najlepszym strzelcem turnieju został zawodnik AP Jarosław – Kacper Wolańczyk. Najlepszym bramkarzem wybrano piłkarza Progresu Jarosław – Aleksandra Adwenta, zaś najlepszym zawodnikiem turnieju uznano gracza GKS- u Zarzecze – Oskara Kotowskiego.

 

  1. AP Jarosław
  2. GKS Zarzecze Biali
  3. Progres Jarosław
  4. GKS Zarzecze Czerwoni
  5. Orzełek Przeworsk
  6. Akademia KSSzówsko

 

Wicelider za silny, ale outsider pokonany

0

Ekipa Sanu-Pajda miała ostatnio bardzo pracowite dni. W tygodniu jarosławianki przegrały po dobrym spotkaniu z mieleckim wiceliderem 2:3, a na weekendzie poradziły sobie z ostatnią w tabeli drużyną z Białegostoku.

 

SAN-Pajda Jarosław – ITA TOOLS Stal Mielec 2:3
(20:25, 25:16,15:25, 23:25, 14:16)

SAN-Pajda: Stepko, Marcyniuk, Krysztofiak, Saj, P. Papszun, Gierszewska, Murdza (libero) oraz Kawa, Szmajduch, Bartyzel (libero)
Stal: Stroiwąs, Molenda, Mras, Urbanowicz, Hnatyszyn, Szczygioł, Samul (libero)

 

W pierwszym pojedynku San-Pajda przegrywał 1:2, ale zdołał wygrać czwartą partię, niestety w grze na przewagi lepsze okazały się mielczanki. Rywalki udanie otworzyły mecz, prowadziły 3:0. Gospodynie wyrównały dzięki skutecznej grze w bloku. Gdy punkt zdobyła Sandra Szczygioł, a następnie z zagrywki skuteczna była Paulina Stroiwąs, Stal wygrywała 20:17. Potem zrobiło się 22:18 i już do końca seta przyjezdne dominowały. W drugiej partii najpierw więcej do powiedzenia miał nasz team, który odrzucił od siatki swoje rywalki. Po tym jak skuteczną akcją w bloku popisała się Katarzyna Saj, miejscowe prowadziły 8:5 i chociaż Stal zdołała doprowadzić do remisu, to końcówka seta należała do Sanu-Pajda. Dla odmiany trzecia odsłona toczyła się pod dyktando przyjezdnych. Po ataku Sandry Szczygioł przewaga mielczanek wynosiła 6 „oczek”. Na dokładkę, w końcówce serią trudnych serwisów popisała się Julita Molenda. W czwartym secie początkowo zanosiło się na koniec całego pojedynku. Nasze siatkarki nie miały pomysłu na grę, a ich błędy własne sprawiły, że traciły spory dystans do Stali, przegrywały 13:20, ale w odpowiednim momencie jarosławianki złapały właściwy rytm i dogoniły wynik. Z dobrej strony zaprezentowała się Weronika Krysztofiak, tym razem przy jej serii zagrywek doszło do remisu po 18. W końcówce San-Pajda prowadził 22:20, a kilka chwil później 24:21 i nie dał już sobie wyrwać zwycięstwa w tej odsłonie. O wszystkim musiał więc decydować tie-break. Niestety w naszym zespole znowu pojawiły się stare demony – błędy własne, które pozwoliły przyjezdnym, zbudować przewagę. Przy zmianie stron było 8:2 dla mielczanek, wprawdzie podopieczne Piotra Pajdy znowu się zerwały i odrobiły straty, to jednak w decydującym momencie nie wytrzymały ciśnienia.

 

SAN-Pajda Jarosław – BAS Białystok 3:0 (25:22, 25:23, 25:14)

 SAN-Pajda: Stepko, Marcyniuk, Krysztofiak, P. Papszun, Gierszewska, Bartyzel (libero) oraz Kawa, Magierowska, Zięba, Szmajduch i Murdza (libero)

BAS: Mańczak, Iber, Osadchuk, Sokolińska, Gronostajska, Niedźwiecka, Michalewicz (libero) oraz Woźniak, Rafalska, Pisarczyk

 

Zaległy pojedynek z „czerwoną latarnią” miał już inny przebieg. Jarosławianki przeważały od początku do końca. Niespodzianki więc nie było. Tylko na samym początku rywalki trochę postraszyły nasz team. Po ataku Pauliny Niedźwieckiej prowadziły 5:3, potem ich przewaga wzrosła do pięciu punktów (10:5). To były jednak tylko takie fragmenty dobrej gry przyjezdnych, które San-Pajda szybko stłamsił i praktycznie później już tylko kontrolował wydarzenia na boisku. Po asie serwisowym Katarzyny Saj przewaga jarosławianek wzrosła do czterech punktów (22:18). W drugim secie jarosławianki zagrały trochę nierówno, pozwalając, szczególnie w jego końcówce drużynie z Białegostoku podreperować wynik. Przy stanie 24:23 grę przerwał trener Piotr Pajda. Ostatni punkt w tym secie zdobyła Kinga Magierowska. W ostatniej partii dominacja naszego zespołu była już zdecydowana.

 

fot. san-pajda

 

 

 

Jarosławianki zagrały w Rawie Mazowieckiej

0

Młode siatkarki Sanu-Pajda Jarosław rywalizowały w XXII Ogólnopolskim Turnieju Piłki Siatkowej Juniorek o puchar przewodniczącej Rady Powiatu Rawskiego. Nasz zespół zakończył zmagania na 8 miejscu.

 

– Uznajemy to jako dobry prognostyk na przyszłość, a w nowym roku wracamy do jeszcze cięższej pracy żeby jak najlepiej przygotować się do najważniejszych meczów tego sezonu – mówią w jarosławskim klubie. Juniorki Sanu-Pajda uplasowały się ostatecznie na 8 miejscu. Turniej wygrał zespół Legionowa.

 

  1. LTS Legionovia
  2. Akademia MKS Kalisz
  3. Młody #VolleyWrocław
  4. UKS Chemik SMS Olsztyn
  5. ŁKS Siatkówka Żeńska
  6. Szkoła Mistrzostwa Sportowego Wieliczka
  7. MUKS Sparta Warszawa
  8. SAN-Pajda Volleyball Team
  9. UKS Akademia Siatkówki Trefl Gdańsk
  10. SMS Police
  11. Łaskovia
  12. Grot Budowlani Łódź

 

Eurobud gra dalej

0

W 1/16 rozgrywek Pucharu Polski szczypiornistki Eurobudu nie dały szans 3 drużynie I ligi, ekipie KS-u Kościerzyna. Rywalki prowadziły tylko raz, gdy jako pierwsze zdobyły gola, potem dominacja drużyny Raidara Moistada była już bezdyskusyjna.

Miejscowe liczyły na sprawienie niespodzianki, ale realia okazały się być dla nich bardzo bolesne. Zespół z Kościerzyny marzy o awansie do superligi, póki co w I lidze zajmuje 3 miejsce. W klubie liczą jednak na poszerzenie rozgrywek najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce do 10 zespołów. Na razie Kościerzyna dysponuje składem typowo I-ligowym i szkolną halą sportową. Zaklinanie rzeczywistości na nic się więc zdaje. W starciu z Eurobudem po prostu nie miała szans. Jarosławianki od początku zdominowały boisko i kontrolowały wszystko, to co na nim się dzieje. Szybko odskoczyły na 7:1, kończąc pierwszą połowę rezultatem 20:13. W drugiej części nic się nie zmieniło. Piłkarki Eurobudu, mimo rotacji składem robiły w Kościerzynie co chciały i spokojnie awansowały do dalszej rywalizacji w pucharze.

 

KS KOŚCIERZYNA – EUROBUD JKS JAROSŁAW 22-39 (13-20)

Kościerzyna: Grzywa, Bielak – Żmijewska, Naumczyk 3, Cieślak 9, Gędłek 2, Świerżewska 6, Gajewska 1, Kubiak, Jagiełło 1, Kupc, Pankowska, Styś, Zawalich.

Eurobud: Durašinowić, Kukharchyk – Vukčević, Guziewicz 5, Zimny 9, Dorsz 4, Gadzina 4, Matuszczyk 4, Kozimur 4, Volovnyk 4, Mrden 4, Nestsiaruk 1, Strózik.

 

Fot. KS Kościerzyna

 

II Grand Prix Zarzecza

0

W hali sportowej GOSiR Zarzecze odbył się II turniej z cyklu Grand Prix Zarzecze w badmintonie. Zawody te cieszą się coraz większym zainteresowaniem.

 

Tym razem w rywalizacji wzięło udział 38 zawodniczek i zawodników z różnych zakątków naszego województwa. III edycja badmintona w Zarzeczu została zaplanowana na 13 lutego.

 

Wyniki:

Kobiety Open

  1. Agnieszka Gdula
  2. Małgorzata Sosnowska
  3. Iwona Granda

Mężczyźni Amator

  1. Konrad Borek
  2. Krzysztof Goliński
  3. Zenon Mackiewicz

Mężczyźni Amator Zaawansowany

  1. Szymon Kazimir
  2. Michał Tokarz
  3. Piotr Drak

Mężczyźni OPEN

  1. Bartosz Curzytek
  2. Grzegorz Mac
  3. Krzysztof Skup

Mikst

  1. Krystian Bukowiński/Amelia Bukowińska
  2. Paweł Granda/Iwona Granda
  3. Kamil Sopel/Karolina Gwóźdź

Mężczyźni Debel

  1. Grzegorz Mac/Krzysztof Skup
  2. Piotr Drak/Tomasz Legeny
  3. Krzysztof Goliński/Szymon Kazimir

 

 

Zbierają dla Kasi

0

Koło Gospodyń Wiejskich w Mołodyczu oraz Fundacja Po Pierwsze organizują Akcję Szafowanie, czyli zbiórkę używanej odzieży. Całkowity dochód z akcji przeznaczony zostanie na operację nóżek siedmioletniej Kasi Kośmider.

 

Zbiórka odzieży, której finał planowany jest na 11 marca, zorganizowana jest by pomóc Kasi, która urodziła się w październiku 2014 r. z bardzo rzadką chorobą genetyczną: dysplazją diastroficzną (charakteryzującą się: skróceniem kończyn, łokciowym ustawieniem rąk z odstającymi kciukami, przykurczami w stawach, obrzękiem chrząstek małżowin usznych). Zaburza ona rozwój chrząstki i kości, co powoduje zniekształcenia stawów, które utrudniają poruszanie się. Rodzina dziewczynki do tej pory wydała na jej leczenie ponad 1,3 mln zł, co w dużej mierze nie byłoby możliwe bez darczyńców. Teraz na operację stóp Kasi potrzeba blisko 160 tys. zł. Do tej pory udało się zebrać niecałą połowę kwoty. Jedną z dróg do osiągnięcia celu jest właśnie Akcja Szafowanie.

Zbieramy odzież zdatną do użytku, a także koce, pościel, firany itp. Zachęcamy, by całymi rodzinami włączyć się do akcji i wspólnie wybrać, czego już w domu nie potrzebujemy, a co może przydać się innym – mówią organizatorzy akcji.

Zbiórka trwa we wszystkich świetlicach na terenie gminy Wiązownica, Stary Dzików, Oleszyce i Sieniawa, a także w parafiach i szkołach (jako jeden z pierwszych przyłączył się Zespół Szkół Innowacyjnych w Jarosławiu).

Finał Akcji planowany jest na piątek, 11 marca i odbędzie się w Świetlicy Wiejskiej w Mołodyczu. Gościem specjalnym imprezy będzie Beathris.

 

Kasi można też pomóc wpłacając dowolną kwotę na internetową zbiórkę pod adresem: https://mam-serce.org/kasia-kosmider/

 

DP

fot. Facebook Kasi Kośmider

Między innymi

0

W piątek, 7 stycznia w Galerii Rynek 6 Jarosławskiego Ośrodka Kultury i Sztuki miało miejsce uroczyste otwarcie wystawy malarstwa i form rzeźbiarskich Marii Bugajskiej Kondrad.

 

Zabranych na wernisażu powitała Elżbieta Śliwinska-Dąbrowska, dyrektor JOKiS oraz Marzena Stęc, kurator wystawy.

– Maria Bugajska Kondrad to artystka o bogatej wyobraźni, wszechstronna i wrażliwa. Spotkanie z nią było wyjątkowe tak jak wyjątkowe są jej prace – mówią uczestnicy wernisażu zatytułowanego „M.in między innymi”.

Bugajska Kondrad urodziła się w 1971 r. w Nysie. Jest absolwentką Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych we Wrocławiu oraz Uniwersytetu Ludowego we Wzdowie z tytułami plastyk-jubiler oraz instruktor kulturalno-oświatowy. Ukończyła też studia na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Rzeszowskiego. Wielokrotnie uczestniczyła w plenerach i akcjach artystycznych. Pasjonuje się teatrem lalek oraz upowszechnianiem kultury plastycznej i teatralnej wśród dzieci i dorosłych. Jest autorką scenariuszy i scenografii. Z wyboru mieszka na Podkarpaciu, jak mówi w „krzokach” za wsią Stary Żmigród, u podnóża Beskidu Niskiego.

Dzieła M. Bugajskiej Kondrad można podziwiać do końca stycznia w Galerii Rynek 6.

 

EK, fot. JOKiS

 

Z historii pożarnictwa:  Kalendarze strażackie

0

Kolekcja kalendarzy ze zbiorów Działu Historii Pożarnictwa przeworskiego muzeum liczy blisko 200 egzemplarzy. W skład kolekcji wchodzą kalendarze kieszonkowe, ścienne oraz biurkowe z lat 1910-2021.

 

Człowiek w życiu codziennym nie może obejść się bez kalendarza. Wyznacza on bieg dni, przypomina o imieninach, rocznicach, a przede wszystkim o tym, co należy zrobić w danym dniu. Kieszonkowe kalendarze strażackie miały służyć wskazówkami i pomocą w obywatelskiej służbie na polu walki z klęskami pożarowymi. Zawierały one m.in. informacje o pożarach w latach poprzednich, dane osobowe władz okręgów wojewódzkich, informacje o wyszkoleniu strażaka, opisy sprzętu strażackiego, a także reklamy i miejsce na własne notatki. Wydawane były przez Związek Straży Pożarnych Rzeczypospolitej Polskiej. Niektóre z nich są dzisiaj prawdziwymi perełkami, jak np. pochodzący z 1910 r. najstarszy w zbiorach przeworskiego muzeum kalendarz należący do ojca Leona Trybalskiego, Jana.

W zbiorach Działu największą kolekcję stanowią jednak kalendarze ścienne roczne jednostronne o różnych formatach, które są najpopularniejszym rodzajem kalendarzy. Zawierają spis dni całego roku z podziałem na tygodnie, miesiące oraz oznaczenie świąt. Pochodzą z lat 1962-2021.

 

Wojciech Kruk

Dział Historii Pożarnictwa

Muzeum w Przeworsku