Strona główna Blog Strona 367

Powstanie styczniowe

0

Narastające niezadowolenie wśród ludu często doprowadzało do powstań. Bunt przedsiębiorców przeciw obostrzeniom pół-żartem, pół-serio Internet określił już właśnie mianem nowego powstania styczniowego. A społeczeństwu obostrzenia zaczęły już wychodzić bokiem.

 

Tym bardziej jeśli widzi się, że nie zawsze przestrzegają ich ci, którzy sami powinni dawać przykład. To trochę tak jak z podkopanym autorytetem, gdy ojciec mówi synowi: „nie pal”, ale sam ma w tym momencie tlącego się papierosa w ustach. Jak wierzyć w słuszność takiego zakazu? Podobnie rzecz ma się choćby z czytaniem książek. Dorośli alarmują, że ich latorośle nie czytają, ale czy te widzą swoich rodziców z książką w ręku?

Koniec ferii to powrót do szkoły, dla większości uczniów, nadal w formie zdalnej. W grudniu wydawało się, że wolnego od nauki będzie niewyobrażalnie dużo. Jednak miesiąc minął nie wiadomo kiedy. Znów trzeba wrócić do kieratu, między innymi do odrabiania zadań domowych. Dorosły zamykając drzwi biura, czy fabryki, w której „odbębnia” swoje godziny pracy, może w tym momencie zapomnieć o obowiązkach służbowych. Kiedy zabiera pracę do domu, zazwyczaj znaczy to, że nie wyrabia się w biurze albo przełożeni wymagają od niego więcej, niż się da. A uczeń? Czy o nim też można powiedzieć, że nie „wyrabia się” ze swoimi obowiązkami, skoro po kilku godzinach spędzonych w szkole, ma jeszcze drugie tyle do zrobienia w domu?

Szumnie zapowiadana „bestia ze wschodu” wreszcie uderzyła, przynosząc śnieg i mróz. Dla niektórych zjawiska niepojęte, jak na styczeń. W sklepach powodzeniem znów zaczęły cieszyć się łopaty do odśnieżania i sanki, wcześniej ukryte w ciemnych zakątkach magazynów – mimo pory roku, jaką przedstawiał kalendarz. Wielu przypomniało sobie też, że pogoda ma wpływ na to, czy zawsze zatrzymamy się dokładnie tam gdzie chcemy, a nie gdzie chce tego oblodzona nawierzchnia.

Rodacy, mimo ostatnich mrozów, jakby odtajali. Była nadzieja na złagodzenie obostrzeń, ale gdy okazało się, że zamknięcie poszczególnych branży potrwa dłużej, wielu dotarło do punktu, w którym nastąpiło przejście z postawy biernie podporządkowanej w aktywnie samodzielną. Jeśli zbyt mocno przykręcimy śrubę, przyjdzie taki moment, że ta po prostu się urwie. A wtedy już nam nie posłuży.

 

Dominika Prokuska

Ferie z muzeum

0

PRZEWORSK: Drugi tydzień zimowych ferii upłynął pod znakiem zorganizowanych przez przeworskie muzeum ciekawych zajęć tematycznych dla dzieci.

 

Zajęcia odbywały się w plenerze i trwały ok. dwóch godzin dziennie. Wzięły w nich udział dzieci w wieku od 6 do 12 lat. Już same tematy zajęć były interesujące: „Quest, czyli przechadzka z księciem”, „Zima w ogrodzie przeworskim”, „Miasto obwarowane” oraz „Quiz przy ognisku”. Dzieci pod opieką pracowników muzeum poznawały historię i przyrodę, a wszystko odbywało się zgodnie z obowiązującymi przepisami zezwalającymi instytucjom kultury na udostępnianie swoich zasobów w czasie ferii. W pałacowym parku uczestnicy zajęć nie musieli zakrywać ust i nosa. Wychodząc poza jego obszar, np. podczas odkrywania tajemnic miasta, maseczki były już obowiązkowe.

Warto dodać, że temat pierwszego dnia zajęć, czyli quest pt. „Przechadzka z księciem” można wykonać samodzielnie w dowolnym czasie. Ten oraz inne questy dotyczące terenu Pogórza Dynowskiego oraz powiatu przeworskiego dostępne są w Muzeum w Przeworsku oraz do pobrania ze strony http://questing.pl/map_point/przechadzka-z-ksieciem/. Questy przygotowane zostały w partnerstwie z Fundacją Tradycyjna Zagroda i Fundacją Questingu Questing – wyprawa po skarb.

 

DP/fot. Muzeum w Przeworsku

 

 

Walczą o remont drogi

0

JAROSŁAW: Grupa mieszkańców ul. Grodziszczańskiej od lat walczy o wyremontowanie odcinka drogi, przy której mieszka.

 

Mieszkańcy zapewniają, że tym razem nie odpuszczą i aż do skutku będą interweniować o gruntowny remont drogi. Chodzi o ok. 200-metrowy odcinek, rozpoczynający się niedaleko za wiaduktem obwodnicy. Wcześniejsza część ulicy, ta bliżej centrum miasta, jest już wyremontowana. W ostatnim czasie asfalt położony został też na niewielkim fragmencie drogi, od strony miasta i na tym poprzestano. Zdaniem interweniujących mieszkańców, remontu bardziej wymaga odcinek, o który oni się starają – droga jest tam w fatalnym stanie, a tam, gdzie położono asfalt, nie było jeszcze tak źle.

Jeśli już coś się zaczęło, czekamy kiedy remont ulicy zostanie dokończony. Mamy już dość tymczasowych napraw, sypania kamykami i lepikiem, co nie jest rozwiązaniem na dłuższą metę – mówią mieszkańcy dodając, że droga nie ma ani pobocza, ani krawężników, o chodniku i barierkach ochronnych nad rzeczką Miłką nie wspominając.

Jak przyjdzie ślizgawica, to wszyscy lecą do Miłki, powinno być tu jakieś zabezpieczenie – mówią zdenerwowani.

Mieszkający tu ludzie zwracają też uwagę na jeżdżące ich ulicą do gazowni ciężkie cysterny z solanką, które – jak mówią – kursują nawet 15 razy dziennie jeszcze bardziej rozjeżdżając i niszcząc nawierzchnię drogi.

– Najwyższy czas by naszą ulicę ujęto w budżecie. Nie mamy tu autobusów, dzieci trzeba wozić do szkoły, a te które chodzą same, to nawet nie mają gdzie uciec na bok, jak jedzie auto, to niebezpieczne – tłumaczą zapewniając, że aż do skutku będą starać się o remont ulicy, przy której mieszkają.

 

Kiedy remont?

Czy mieszkańcy ulicy Grodziszczańskiej doczekają się remontu drogi? Okazuje się, że decyzja jeszcze nie zapadła.

O tym, które inwestycje będą realizowane na drogach powiatowych w 2021 roku zadecyduje połączona Komisja Infrastruktury Rady Powiatu i Rady Miasta – poinformował Robert Dąbrowski, p.o. Zastępcy Dyrektora Powiatowego Zarządu Dróg w Jarosławiu. R. Dąbrowski stwierdził też, że zgodnie z rozporządzeniem Ministra Transportu i Gospodarki Morskiej, po drogach publicznych mogą poruszać się pojazdy o nacisku 8,0 -11,5 tony na oś, więc na uwagi mieszkańców dotyczące ciężkiego transportu poruszającego się ich ulicą niewiele można poradzić.

Będziemy jeszcze przyglądać się tej sprawie.

 

DP


	            

Stracili 70 tys. dolarów

0

Gmina Kańczuga: Ofiarą oszustów padło starsze małżeństwo. Seniorzy chcąc ratować córkę, stracili 70 tys. dolarów.

 

W czwartek, 14 stycznia około godz. 9 do mieszkańców gminy Kańczuga zadzwoniła kobieta podająca się za ich córkę. Dzwoniąca poinformowała, że spowodowała wypadek drogowy, w którym zginęła 62-letnia kobieta. Następnie słuchawkę przejęła druga kobieta podającą się za policjantkę, która przekonała rózmówczynię, że tylko wysoka suma pieniędzy, w tym przypadku 162 tys. zł, jest w stanie uchronić jej córkę przed więzieniem.

Przestraszona 72-latka powiedziała, że nie posiada takich pieniędzy. Podała jednak kwotę, jaką była w stanie zapłacić. Oszustka, mając takie informacje poinstruowała seniorów, jak powinni dalej postępować. Jeden z domowników miał pójść pod sklep i oczekiwać na przyjazd policjanta, a drugi miał pozostać w domu do godziny 16, nie kontaktując się z nikim. Postępując wedle instrukcji, seniorzy przekazali oszustom oszczędności życia.

– Kiedy 79-latek czekał pod sklepem, do jego żony ponownie zadzwonił oszust, informując, że za chwilę pod jej dom przyjedzie policjant odebrać pieniądze. Seniorka w rezultacie przekazała ok. 70 tys. dolarów – mówi asp. szt. Justyna Urban, rzecznik prasowy KPP w Przeworsku.

Dopiero po godz.16, pokrzywdzona zadzwoniła do swojego syna, opowiedziała mu o sytuacji i dowiedziała się, że wspólnie z mężem zostali oszukani.

 

Apel o ostrożność

Policja apeluje o ostrożność i rozwagę w kontaktach z nieznajomymi, którzy przychodzą do domu bądź dzwonią, podając się za członków rodziny, znajomych lub za pracowników różnych instytucji. Przestrzega przed przekazaniem jakichkolwiek pieniędzy, czy innych rzeczy wartościowych osobom obcym.

– Przypominamy, że jej funkcjonariusze nigdy nie żądają od nikogo pieniędzy. Nie proszą też o ich przekazanie, przelanie na jakieś konto oraz pozostawienie w umówionym miejscu w zamian za załatwienie jakiejś sprawy – informuje KPP w Przeworsku.

Policjanci apelują również do bliskich osób starszych, by mówili im o zagrożeniach ze strony takich oszustów i ustalili sposób postępowania w podejrzanych sytuacjach.

 

EK/KPP

Kierowca z Jarosławia przewoził skarby Czartoryskich

0

Izabela z Flemingów, żona Adama Kazimierza Czartoryskiego na frontonie Świątyni Sybilli (pierwszym w Polsce Muzeum) nakazała umieścić w 1801 roku napis „Przeszłość Przyszłości”.

 

To określenie ma wiele wspólnego z Jarosławskim Stowarzyszeniem „Ocalić Przeszłość dla Przyszłości” nie tylko w słowach, ale także w zadaniach, celach i działaniu.   Połączone posiadłości małżonków, tworzyły ogromy majątek i to 25 miast i 450 wsi. Puławy               i Sieniawę oddziedziczył najstarszy syn Izabeli,   Adam Jerzy – prezes Rządu Narodowego. Sieniawa od nazwy założycieli rodu Sieniawskich powstała w XVII wieku. Własnością Czartoryskich stała się od 1731 roku. Wcześniej w 1709 roku dawną oranżerię przebudowano na pałac. Puławy zbombardował najstarszy wnuk Izabeli, Adam Wirtemberski, który przeszedł na służbę rosyjską. Księżna musiała opuścić swoje ukochane Puławy, przenosząc się do pałacu w Sieniawie, gdzie po upadku powstania listopadowego przeniesiono część zbiorów .Sieniawa stała się rezydencją książęcej rodziny. Syn Adama Czartoryskiego, Władysław założył w Krakowie Muzeum Czartoryskich. Wobec zbliżającej się wojny                       i zagrożenia bezpieczeństwa bardzo cennych zbiorów, postanowiono przewieść eksponaty do Sieniawy. Z końcem lipca 1939 roku kierowca Marian Dec furgonetką przewiózł kilkakrotnie zabytki muzealne z Krakowa do Sieniawy, ukrywając je w oficynie.

Wśród zbiorów były m.in. obrazy Leonarda da Vinci, Rafaela Santi, Rembrandta oraz Szkatuła Królewska, zawierająca skarby noszone przez królów Polski. 15 września 1939 roku do Sieniawy wkroczyły wojska niemieckie. Niemcy śledzili losy skarbów, ze względu na ich wartość. Skrytkę zdradził Niemcom młynarz Zaver (Saver). W protokole z przesłuchania Mariana Deca są informacje, z których wynika, że w przywiezionych zbiorach znajdowały się szable króla Jana III Sobieskiego, monety i dokumenty. Następnie jest opis, że w porze nocnej przed uprzednim włamaniem się do pomieszczenia, gdzie przechowywano zabytki, żołnierze Wehrmachtu dokonali kradzieży. Zeznania podpisał jako świadek Marian Dec, zamieszkały w Jarosławiu przy ulicy Poniatowskiego, pracujący w Mleczarni w Jarosławiu w charakterze kierowcy. Przesłuchanie miało miejsce 14 września 1968 roku. Ciekawy jest również przekaz innego świadka: „końcem sierpnia 1939 roku pracowałem jako ogrodnik u księcia Czartoryskiego, w tym to czasie otrzymałem polecenie udzielenia pomocy przy składaniu wartości muzealnych, przywiezionych z Krakowa przez Mariana Deca. Dobra muzealne były zapakowane w drewnianych skrzyniach. Przedmioty muzealne były przewożone kilka razy. Dobra te były zgromadzone w Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Dyrektorem wówczas był gen. Kukiel. Pewnej nocy do pomieszczenia w którym były zdeponowane zabytki dostali się Niemcy rozbijając drzwi, a następnie wszystkie skrzynie z których zabrali najbardziej wartościowe rzeczy, a pozostałe mniej wartościowe przedmioty zabrał właściciel Czartoryski, a właściwie gospodyni Czartoryskich, która zdołała przewieść je do pałacu w Pełkiniach                 k/ Jarosławia”. W ukrytych zbiorach najbardziej cennymi obrazami były „Portret młodzieńca” Rafaela Santi, „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci i „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta van Rijna. Niemcy nie zdawali sobie sprawy z wartości tych obrazów. Podobno „Dama z gronostajem” leżała na ziemi z odciskami wojskowego buta. Skrzynie z obrazami przewieziono do Jarosławia, a następnie do Krakowa. „Portret Młodzieńca” otrzymał gubernator Hans Frank, który w 1945 roku wywiózł obraz. Natomiast bardzo cenna szkatułka do tej pory jest jednym z najbardziej poszukiwanym eksponatem, jak i pozostałe skarby utracone ze zbiorów Czartoryskich. Marian Dec, który przewoził tą ceną kolekcję był zatrudniony w jarosławskiej mleczarni jako kierowca. Urodzony w 1900 roku, zmarł w 1987 roku, został pochowany na Starym Cmentarzu w Jarosławiu. Żołnierz września 1939 roku, członek ZWZ- AK. Celem uzupełnienia tych informacji o tym mało znanym fakcie, Jarosławskie Stowarzyszenie „Ocalić Przeszłość dla Przyszłości” zwraca się z prośbą do rodziny Mariana Deca o kontakt ze Stowarzyszeniem.

 

Jerzy Czechowicz


	            

Niezapomniane tradycje: Kolędowanie w regionie przeworskim (1)

0

W regionie przeworskim, kolędowanie cechowało się nietuzinkową różnorodnością i mnogością form. Zwyczaje te przybliża naszym Czytelnikom Katarzyna Ignas z Muzeum w Przeworsku.

 

Chodzenie po kolędzie we wsiach regionu przeworskiego rozpoczynano najwcześniej w dzień Wigilii wczesnym rankiem (np. chłopcy chodzący „na wigilijne szczęście” w Dybkowie, czy biedniejsi mieszkańcy chodzący po wsi z życzeniami „za kopą” w Gaci) lub po wieczerzy, albo w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia Godnich Świąt   – na Szczepana, na św. Jana, w przeddzień Nowego Roku, w Nowy Rok aż do święta Trzech Króli. Do 2 lutego, w styczniowe niedziele obchodzono domy z widowiskiem kolędniczym Herody.

Przy kolędowaniu obowiązywała pewna specjalizacja. Domeną dzieci było chodzenie „po szczodrokach”, zaś starsi – kawalerowie, kolędowali z Herodami, z Rajem, z szopką bożonarodzeniową, z gwiazdą, a także z kozą, z kobyłką, a nawet z żywym koniem. Oryginalne formy kolędowania, charakterystyczne dla poszczególnych wsi regionu przeworskiego, to: kolędnice w Majdanie Sieniawskim, noworoczne turki w Urzejowicach, droby w Sieteszy, służaje w Manasterzu.

Kolędnicy byli zamaskowani, ubrani w odwrócone sierścią na wierzch kosmate kożuchy, przepasani powrósłami ze słomy. Diabeł dzwonił dzwonkiem, droby i turki strzelali z batów, co miało odstraszać złe moce. Elementy takie jak: sierść, słoma kojarzą się z mnogością, licznością, dostatkiem; kolędnicy tak ubrani uosabiają obfitość. Odwiedzając domy po kolędzie mają sprowadzić na nie dostatek. Garb to właściwość postaci związanych z podziemnym światem zmarłych – przez nadanie takiej cechy Żydowi, Dziadowi kreuje się ich na opiekunów ziemi. Poza tym Żyd to nosiciel szczęścia i bogactwa – spotkanie go w okresie świątecznym wróży powodzenie na cały rok.

O żywych tradycjach kolędniczych świadczy też m.in. repertuar przeworskich folklorystycznych zespołów śpiewaczych. Obecne są w nim gatunki kolęd świeckich i kościelnych: kantyczki – pastorałki „kolędy domowe”; dla dziewcząt; dla gospodarza; kolędy towarzyszące przedstawieniom z Rajem, z Herodami. W terenie spotyka się również kolędy o cechach ruskich – szczebiotki, szczebietojki występujące we wsiach z istniejącą przed II wojną mniejszością grekokatolicką, tj. w Krzeczowicach, Majdanie Sieniawskim. W Grzęsce zaś zachowała się pamięć o kolędzie z burczybasem, zwanym masiurą.

 

Cdn.

Opr. Katarzyna Ignas

Muzeum w Przeworsku

Herody z Gorliczyny, 2006 r/fot. K. Ignas

W kotka i myszkę

0

Zabawa trwa. Wersja dość hardkorowa. Nie ma w niej kolejnego poziomu. Życia na zapas też nie dają. Jeśli myszka nie ucieknie, to po niej. Uda się jej zwiać, też marnie. I tak bawimy się, wiedząc że każda strona oszukuje. Bo nie chodzi o to by złapać króliczka, ale by gonić go.

 

Kronawirus nie tylko zaraża, ale też króluje w informacjach, walcząc ze szczepionkami o prymat. Słyszymy, jak to przylatują tysiące ampułek. Lądują i wchodzą w Narodowy Program Szczepień. Chyba, że ktoś przetrzyma je w recepcji i się zepsują, bo nie lubią ciepła, a tak zdarzyło się w ubiegłym tygodniu. Zbiorczo to te szczepienia wyglądają nieźle. Z tego, co mówi rząd jeszcze lepiej. Z punktu widzenia zwykłego człowieka beznadziejnie. Idą jak po grudzie, a zapewnienie, że 30 sztuk szczepionek będzie średnio trafiać do każdej gminy w tygodniu, łzy wyciska. Możliwe, że wychodzą z założenia, że zanim ampułki dojdą, to część odejdzie i będzie luźniej. Wysoko postawieni mówią, co tylko zechcą, byle tylko było długo, składnie i zgodnie z linią. Minister od zdrowia ostrzega, że czeska odmiana wirusa jest już u nas. Czesi się oburzają, bo u nich nie pojawiła się miejscowa mutacja. Mówili w jednym radio, że to był drobnoustrój od Cześka, a ministrowi się pomyliło i zamiast „cześka odmiana” powiedział czeska. W każdym razie jak nas informują, tak postępujemy.

Tak dzieje się na każdym szczeblu. Wystarczy posłuchać, przemyśleć i porównać z tym, co robią. Wygląda to jak skubanie kota, czyli dużo wrzasku i mało wełny. Stoki zamknęli i nagle okazuje się, że duża grupa włodarzy razem z całymi rodzinami, należy do kadry narodowej w narciarstwie alpejskim i przed olimpiadą ćwiczy. Restauratorzy, hotelarze i im podobni łamią obostrzenia i zapowiadają, że to dopiero początek. Rząd straszy, ale na marginesie daje do zrozumienia, że odpuści. Zresztą cały czas odpuszcza. Obostrzeń się nie przestrzega i nikt nie karze łamiących. Mieszkanka okolic Pruchnika wybrała się w ubiegłym tygodniu autobusem do Jarosławia. Dzień był targowy. Pasażerów pełno. Miejsc siedzących zabrakło. Autobus zepsuł się kilka kilometrów przed miastem. Trudno mu się dziwić, bo pojazdy komunikacji publicznej dawno już z wieku statecznego wyrosły. Pasażerów z zepsutego zabrał inny autobus już wcześniej załadowany. Jechali jak za komuny. Jeden na drugim. Ciekawe czy był z nimi wirus. Kwarantanna narodowa wygląda tak, że jedni zakazują, a inni te zakazy łamią. Jak za okupacji. Tylko wtedy o co innego chodziło.

Gminy uchwalają budżety, czyli rozdzielają kasę, która ma ciągu roku spłynąć. Najwięcej weźmie opieka społeczna i świadczenia rodzinne. Do tego dojdą szkoły i utrzymanie administracji. Zostaną grosze. Dadzą je na połatanie tego, co się sypie. Jeśli braknie, to nie dadzą. – Za wodę płacę dziesięć razy więcej niż kilka lat temu. Za śmieci podobnie. Kiedyś zakupy za sto złotych ledwie udźwignąłem. Dziś mieszczą się w małej reklamówce. Weźcie 500+ i wróćcie do wcześniejszych cen – mówi młody mężczyzna. Niech mówi, co chce. Władza wie lepiej.

Rozeszło się nasze społeczeństwo. Jedna grupa ma pracować i płacić. Druga rozdawać to, co oni zapłacili i mówić, że łaskę robi, bo daje.

 

Roman Kijanka


 

Kradł krzyże z cmentarza

0

ŚWIĘTONIOWA: Od jakiegoś czasu na miejscowym cmentarzu ktoś okradał nagrobki z metalowych krzyży. W ubiegłym tygodniu policjanci przeworskiej jednostki zatrzymali sprawcę tych kradzieży.

 

Okazał się nim 64-letni mieszkaniec gminy Przeworsk, który regularnie odwiedzał miejscowy cmentarz. Nie robił tego jednak po to, by się modlić, ale by okradać nagrobki z metalowych elementów – głównie krzyży – które później ciął na mniejsze kawałki i sprzedawał w skupie złomu. Nad sprawą pracowali policjanci z wydziału kryminalnego. Mężczyzna został zatrzymany 11 stycznia. Zebrany materiał dowodowy pozwolił na przedstawienie mu zarzutów. 64-latek przyznał się do kradzieży ośmiu krzyży cmentarnych, z których trzy zostały odzyskane. Niewykluczone, że usłyszy kolejne zarzuty, bo sprawa ma charakter rozwojowy. Za ograbienie grobu lub innego miejsca spoczynku zmarłego grozi mu kara pozbawienia wolności do 8 lat.

 

DP/KPP Przeworsk

 

W oczekiwaniu na podtopienie

0

Makowisko: – Rowy zrobili. Tylko nie zadbali, by spływająca nimi woda miała gdzie się podziać. Już miałam wodę w piwnicy. Strach myśleć, co będzie przy większych opadach – narzeka mieszkająca w Makowisku, Leokadia Sołek. Jej dom stoi przy drodze powiatowej biegnącej w stronę Laszek.

 

Jezdnia jest znacznie wyżej niż poziom podwórka. Poziomem sięga do połowy okien parteru. Niedawno woda pojawiła się w piwnicy. Wypompowali ją strażacy.

Narzekających jest więcej. Mieszkający w pobliżu uważają, że źle zaprojektowano odprowadzenie wody i zamiast odpływać, będzie się ona zbierać w rowach i podtapiać budynki. Obawiają się mieszkający po stronie rowów, ale też ci, których domy stoją po drugiej stronie drogi. – Nachylenie gruntu powoduje, że woda spływa w stronę drogi. Nie ma odprowadzenia, więc będzie się zbierać i w efekcie podtopi dom – uważa Jerzy Mazurkiewicz. – Droga przegradza naturalny spływ. Konieczne są odprowadzenia. Inaczej powstaną zastoiska – dodaje.

Spłynie wszystko od popegeerowskich bloków i zbierze się na moim podwórku oraz w piwnicy – mówi L. Sołek. – Codziennie sprawdzam ile wody zebrało się w rowie. Mieszkam w obniżeniu. Kopiący rowy sami mówili, że obok mojego podwórka woda będzie stać – narzeka Zofia Szpilka.

Narzekających jest więcej. Cieszą się, że zrobiono chodnik, ale mają sporo uwag do wykonywanych rowów. – Głębokie i pozbawione odpływu. Smród i komary w lecie, a woda w naszych piwnicach przez cały rok – uważają. – Kiedyś były rowy odprowadzające w kierunku Surochowa. Teraz je zasypali stawiając nas przed groźbą podtopień – mówią. – Kto tak zaprojektował? Przecież woda pod górę nie popłynie – argumentują.

Sprawdzonym rozwiązaniem byłby powrót do istniejących wcześniej odprowadzeń. Można zastosować kryte spływy starym szlakiem. Na pewno trzeba ten problem rozwiązać. Ludzie nie mogą żyć w strachu przed wodą – mówi Marian Dziadura, sołtys Makowiska.

 

Poszukają rozwiązania

 – Na pewno nie zostawimy tego problemu bez rozwiązania – zapewnia Robert Dąbrowski, p.o. dyrektora Powiatowego Zarządu Dróg w Jarosławiu. – Inwestycja jest świeża. Sprawdzimy rozwiązanie odpływu wody i jeśli trzeba podejmiemy działania zmierzające do właściwego jej odprowadzenia. To leży też w naszym interesie – dodaje, zapewniając że służby drogowe wybiorą się do Makowiska, by na miejscu ocenić problem.

– Rozumiem sytuację mieszkańców. Traktujemy ją jako pilną. Byłam na miejscu. Rozmawiałam już z wykonawcą. Wykonanie tych odwodnień jest zaplanowane w tym roku. Chcemy z tym ruszyć po uchwaleniu budżetu – zapewnia Elżbieta Grunt, wójt gminy Jarosław, przypominając, że dom pani Sołek leży w obniżeniu terenu i problemy z wodą były też wcześniej. Dyrektor PZD zwraca uwagę, że problemy z odpływem są specyfiką tych terenów. Po zasypaniu rowów melioracyjnych stają się one coraz dokuczliwsze.

PZD i samorząd gminny zapewniają, że traktują sprawę jako pilną i znajdą rozwiązanie gwarantujące odpływ wody.

 

erka


 

Nowym mostem w 2025 r.? Jest wizualizacja

0

Podkarpacki Zarząd Dróg Wojewódzkich oraz wykonawca fazy projektowej Promost Consulting Sp. z o.o. pokazali wizualizację przebiegu nowego mostu na Sanie w Jarosławiu.

 

– Wyłoniony w drodze przetargu wykonawca dokumentacji projektowej prowadzi aktualnie prace związane z opracowaniem projektu budowlanego. Po uzyskaniu wszystkich wymaganych uzgodnień, opinii i decyzji administracyjnych zostanie złożony wniosek o wydanie decyzji o zezwoleniu na realizację inwestycji drogowej – podkreśla Aldona Gujda, specjalistka ds. Informacji Publicznej w Podkarpackim Zarządzie Dróg Wojewódzkich w Rzeszowie. Przypomnijmy, że nowy most powstanie na nowo wybudowanym odcinku drogi wojewódzkiej nr 865, której początek znajdzie się na węźle drogowym Jarosław-Munina. Później droga będzie biegła przez San do Sobiecina i następnie do Koniaczowa. Mostem będzie można jeździć najszybciej najprawdopodobniej w 2025 roku. – Wskazanie terminu zakończenia tych robót nie jest jeszcze możliwe, jednakże zgodnie z wymaganiami powinno przystąpić się do nich nie później niż w 2024 roku, co pozwoliłoby na oddanie mostu do ruchu w 2025 roku – tłumaczą w PZDW.

TS