Strona główna Blog Strona 166

Wakacyjny luzik

0

Przy drogach przysiadła cykoria podróżnik. Według legendy jej błękitne kwiatki przypominają zapłakane oczy dziewczęcia tęskniącego za ukochanym. Rozpacza przy drodze, bo liczy, że ktoś ją zobaczy, albo miły nadejdzie. Cykoria jest cennym zielem. Obok niej płoży się powój. Jest trujący. Natura daje, co tylko trzeba. Leczy i truje. Choć jak zapewniał ojciec medycyny, niejaki Paracelsus, każda trucizna jest lekiem a każdy lek trucizną. Wszystko zależy od ilości.

Drogowcy koszący pobocza zostawili przy drodze wojewódzkiej 881 z Jarosławia do Pruchnika duży okaz ostu. Makom też dali żyć. Chyba wiedzieli, że siła natury jest w różnorodności, a deczko romantyzmu nikomu nie zaszkodzi.

Po co takie rozważania? A choćby dlatego, że dzisiaj panuje tylko jeden kierunek i wszystko co inne jest be. Jak za czasów pana Mao w Chinach. Ten nieprzeciętny przywódca wprowadził kampanię czterech zwierząt, która zakładała m.in. wybicie wróbli, jako stworzeń zjadających ryż i nic w zamian nie dających. Lud, jak to w Chinach, ruszył tłumnie i ptaszki wytłukł. Nie trzeba było długo czekać i ryżu zabrakło, bo go robactwo zeżarło i kilkadziesiąt milionów obywateli z głodu zmarło. Pokazuje to, że linia ojca narodu nie zawsze musi być słuszna, a różnorodność należy szanować. Bo nie wszystkie teorie wymyślone na poziomie politycznych intelektualistów się sprawdzają. Choć czasem, tak jak w przypadku pana Suskiego, któremu przypisuje się stwierdzenie, że – Księżyc jest ważniejszy od Słońca, ponieważ świeci w nocy kiedy jest ciemno, w przeciwieństwie do Słońca, które świeci w dzień mimo tego że jest jasno – teoria się zgadza. Szkoda tylko, że nie idzie w parze z rzeczywistością. Poseł spod Grójca znany jest ze swoistego rozumowania, ale w przypadku wyższości Księżyca nad Słońcem ubiegł go niestety Brzechwa i w satyrycznym wierszu o satelicie Ziemi założenia cytowanej mądrości zawarł.

Lato w pełni, a rząd już myśli o zimie i przepisy o jakości opału zawiesił, dając do zrozumienia, iż palić można byle czym. Patrzą w przyszłość, planują i dlatego rządzą. Koncern paliwowy też zawiesza nowe plansze z cenami benzyny. Musi, bo planuje, że niedługo ceny się wydłużą i na starych by się nie zmieściły. Gdyby patrzyli realniej, to od razu zapewniliby cztery miejsca przed przecinkiem, bo w tym kierunku idziemy.

Gdzie nie spojrzeć fajnie, a mówią że będzie jeszcze lepiej. Jedynym wyjściem jest przyjęcie dewizy dobrego wojaka Szwejka, który mówił, że jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było.

Roman Kijanka

 

 

Skradzione części wróciły do właściciela

0
Straty oszacowano na około 17 tys. zł.

Do 5 lat pozbawienia wolności grozi 49-letniemu mieszkańcowi gminy Wiązownica, który kradł części zamienne z jednej z posesji, a następnie sprzedawał je w skupie złomu.

 

Funkcjonariusze z posterunku w Wiązownicy podejrzewając, że jeden z mieszkańców gminy mógł sprzedać w skupie złomu skradzione części z koparki i jeszcze jednego pojazdu skontaktowali się z ich właścicielem. Chcieli ustalić, co dokładnie zginęło oraz jaką miało wartość. Kiedy pokrzywdzony udał się na swoją posesję, aby ustalić straty, zastał tam mężczyznę, który był typowany przez funkcjonariuszy jako sprawca kradzieży. 49-latek opuszczał wtedy teren jego posesji wraz z kolejną skradzioną rzeczą. Mężczyzna powiadomił stróżów prawa. Policjanci, którzy przyjechali na miejsce, zatrzymali 49-latka. Ustalili, że ten złodziejski proceder rozpoczął końcem maja. W tym czasie skradzione zostały części do pojazdów o łącznej wartości 17 tys. złotych. Mundurowi odzyskali wszystkie skradzione rzeczy. Zostały one już zwrócone pokrzywdzonemu.

49-latek usłyszał zarzuty. Za kradzież cudzej rzeczy grozi mu kara do 5 lat pozbawienia wolności.

 

EK/KPP

 

Hałas na osiedlu

0

– Na placu obok naszego bloku firma zrobiła sobie miejsce przeładunkowe materiałów budowlanych. Rano przygotowują tu zaplecze robót. Potem chwila spokoju. Po południu wracają i znowu harmider – narzeka mieszkanka osiedla Mikołaja Kopernika w Jarosławiu. – Spać nie dają. Kto pozwolił na ulokowanie takich uciążliwości w sąsiedztwie bloków – dodaje. Władze Spółdzielni Mieszkaniowej w Jarosławiu tłumaczą, że dokuczający mieszkańcom hałas skończy się razem z trwającymi remontami spółdzielczych budynków.

 

Okna nie można otworzyć. Hałasują od rana. Mamy prawo do spokoju – oburza się interweniująca w Gazecie Jarosławskiej kobieta mieszkająca w bloku stojącym przy samym placu. – W sobotę wieczorem czyścili łyżki koparek, Kilka dni później o godz. 7 rano przesypywali piasek i gruz. Ludzie pracują w różnych porach. Chcieliby odpocząć, ale się nie da. Małym dzieciom też hałas dokucza. Są mieszkańcy pracujący zdalnie. Jak w takich warunkach przeprowadzić spotkanie online – narzekał mężczyzna. Podobnych uwag było więcej. Interweniującym chodziło o plac leżący na obrzeżach osiedla, tuż przy najdłuższym bloku. Mieszkańcy zapewniali, że zwracali uwagę na ten problem w spółdzielni, ale bez rezultatu. Nie wiedzieli, jaka firma się ulokowała na ich placu. Uważali, ze spółdzielnia wynajęła miejsce i czerpie z tego korzyści. – Z jednej strony nie powinniśmy narzekać, bo hałasują poza godzinami ciszy nocnej. Z drugiej należałoby zadbać o spokój lokatorów – zaznaczali.

Czesław Staśkiewicz, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej w Jarosławiu przyznaje, że sygnały o uciążliwości trafiały również do nich, wyjaśnia jednak, że plac nie został wydzierżawiony, tylko spółdzielnia pozwoliła wykonawcy remontów w blokach należących do niej na przygotowanie materiału. – Pozwoliliśmy firmie wykonującej zlecone przez nas remonty na magazynowanie materiału i sprzętu. Po skończonych pracach opuszczą to miejsce. Rozumiem lokatorów, ale oni też muszą wziąć pod uwagę, że wybraliśmy rozwiązanie jak najmniej dokuczające wszystkim mieszkańcom -wyjaśnia Cz. Staśkiewicz, tłumacząc że mogli nie udostępniać placu. Tylko wtedy remontujący spółdzielcze budynki musieliby zajmować części parkingów i placów w okolicy, gdzie pracują. Wiązałoby się to z rozciągnięciem uciążliwości na kilka miejsc oraz uszkodzeniem infrastruktury m.in. rozjeżdżaniem trawników, niszczeniem kostki itd. Spółdzielnia wybrała rozwiązanie jak najmniej dokuczliwe. Prezes zapewnia, że po skończonych pracach na rzecz spółdzielni firma opuści plac. Mieszkający w pobliżu miejsca służącego do przygotowania robót remontowych powinni wykazać trochę cierpliwości. Dzięki temu, że przez jakiś czas będą musieli zmagać się z hałasem, nie będzie bałaganu wszędzie, gdzie tylko coś robią.

erka/Fot. Czytelnik

 

Bracia są niewinni

0
Piotr Kutyła z wyrokiem uniewinniającym.

Ponad dwa lata temu media w całym kraju rozpisywały się o zuchwałej kradzieży kukurydzy z 12 hektarowego pola w Stubnie. Sprawcy mieli skosić je w jedną noc i zniknąć razem z wartym około 80 tysięcy zł ziarnem. Po czterech miesiącach policja zatrzymała podejrzanych. Dwóch braci wyprowadzono z domu jak bandytów. Oskarżono o kradzież. Prokuratura zabezpieczyła majątek. Nic nie dały ich zapewnienia, że są niewinni. Końcem czerwca tego roku sąd stwierdził, że nie ma żadnych dowodów, iż dopuścili się przestępstwa i orzekł o ich niewinności.

 

– Po wielu miesiącach zostaliśmy uniewinnieni. Przez te dni ciążyło na nas miano złodzieja. Wielu mieszało nas z błotem. Traktowało jak przestępców – mówi Piotr Kutyła, który razem z bratem Łukaszem musiał czekać aż sąd stwierdzi, że złodziejem nie jest. W osądzie społecznym byli przestępcami, bo policja nie zatrzymuje nikogo bezpodstawnie, tylko kieruje się dowodami. Zabezpieczenie majątkowe i podejście, że od złodzieja lepiej trzymać się z dala naraziło zajmujących się rolnictwem braci na straty materialne. Nikt nie chciał kredytować nawozów. Plony trudno było sprzedać, bo w punktach skupu obawiano się, że mogą pochodzić z kradzieży.

 

Złodzieje zatrzymani

Po zatrzymaniu braci na oficjalnej stronie internetowej KMP w Przemyślu się komunikat zatytułowany – Policjanci zatrzymali sprawców kradzieży kukurydzy. Informowano w nim, że – 15 listopada ubiegłego roku, do Komisariatu Policji w Medyce wpłynęło zawiadomienie o kradzieży kukurydzy w miejscowości Stubno. Ze zgłoszenia wynikało, że w nocy z 10/11 listopada 2020 roku, nieznani sprawcy wykosili kukurydzę z blisko 12 hektarowego pola. Straty wyceniono na 80 tysięcy złotych. Policja wszczęła w tej sprawie dochodzenie. Funkcjonariusze ustalili sprawców, którymi okazali się 26 i 30-letni mieszkańcy powiatu jarosławskiego. Mężczyźni we wtorek zostali zatrzymani przez policjantów wydziału kryminalnego i komisariatu w Medyce. Obaj usłyszeli zarzut kradzieży. Teraz sprawcom kradzieży grozi kara do 5 lat pozbawienia wolności.

Na portalach i w gazetach pojawiły się tytuły, że złodzieje kukurydzy zatrzymani, albo policja zatrzymała sprawców niezwykłej kradzieży. Wyroku nie było, ale bracia już zostali osądzeni. Informacja była anonimowa, ale w okolicy Radymna każdy wiedział o kogo chodzi. W kolejnych doniesieniach można było znaleźć informację, iż w ocenie prokuratury zebrane dowody są bardzo mocne. Jednak, jak na razie zatrzymani nie przyznają się do kradzieży. Przypominano także, że podejrzewanym grozi do 5 lat więzienia.

 

12 hektarów w jedną noc

Z ustaleń dotyczących niespotykanej wcześniej w naszym regionie kradzieży wynikało, że do skoszenia prawie 12 hektarowego pola doszło w nocy z 10 na 11 listopada. Właściciel pola mieszka daleko od Stubna, ale sąsiadujący z działką mówili, że 11 listopada kukurydzy już nie było, a wcześniej rosła. Piotr i Łukasz kosili wtedy swoją kukurydzę. Usługowo kosili też u znajomych. Ich kombajn pracował w okolicach Radymna i Stubna. Odstawiali też zbiory do skupu i na nich padło podejrzenie, choć zapewniali, że robili na swoim i ani przez myśl im nie przeszło, by komuś ziarno ukraść. – Oskarżenie było oparte na plotkach. Zdawkowych zasłyszanych przelotnie informacjach, ale rozdmuchaną medialnie sprawę trzeba było zakończyć. Zostaliśmy kozłami ofiarnymi – mówi Piotr. – Mieliśmy skosić 12 hektarów kukurydzy i odstawić ją do skupu w ciągu 6 godzin. To jest niemożliwe. Na skoszenia takiego areału trzeba 12 godzin. Przed punktami skupu były wtedy kolejki, a my mieliśmy się szybciutko uwinąć ze wszystkim. Dopiero w sądzie okazało się, że nie ma żadnych konkretnych dowodów, tylko policyjna notatka o zasłyszanych przez funkcjonariusza pogłoskach – dodaje.

Wyrok uniewinniający zapadł w Sądzie Rejonowym w Przemyślu. Jest nieprawomocny. – Prokuratura zażądała pisemnego uzasadnienia, więc należy się spodziewać apelacji – mówi Michał Muzyczka, reprezentujący braci adwokat.

erka

 

 

 

Zamki, pałace, dwory w powiecie jarosławskim: Dwór w Boratynie

0

Wieś Boratyn przechodziła zmienne koleje losu. Pierwsze zabudowania powstały prawdopodobnie w tym miejscu na przełomie XV i XVI wieku, kiedy znajdowała się tutaj siedziba rodowa Boratyńskich, która została zniszczona podczas potopu szwedzkiego. Obecny dwór położony jest na skraju wsi, na wzniesieniu, w otoczeniu parku i kaplicy. Od właścicieli Boratyńskich wieś wraz z dworem przeszła do rodu Krasickich, następnie do Stadnickich, poprzez małżeństwo Katarzyny Krasickiej z Józefem Stadnickim. Dzięki temu małżeństwu dwór stał się siedzibą rodową.

Jan Stadnicki w latach dwudziestych XIX wieku wybudował nowy dwór z oranżerią i ogrodem w stylu angielskim. W niedalekiej odległości wzniesiono kaplicę dworską. Kolejny właściciel Kazimierz Krasicki założył w Boratynie szkołę i udostępnił mieszkańcom kaplicę dworską. W czasie I wojny światowej dwór pełnił funkcję szpitala dla żołnierzy austriackich. W okresie międzywojennym wsią zarządzał Marian Lisowiecki z Chłopic. W czasie II wojny światowej dwór został zaniedbany. Dopiero z chwilą zaadaptowania na szkolę podstawową, przystąpiono do prac remontowych. Dwór wzniesiono w stylu neogotyckimi elementami architektonicznymi innych stylów, czyli eklektyzmem. Szczególnym elementem jest asymetrycznie usytuowana wieża, nakryta namiotowym dachem. Na skutek ostatnich prac remontowych niektóre elementy dekoracyjne zmieniły charakter. W części zachodniej na elewacji, zwieńczonej uskokowym szczytem widnieje korytarz z herbem Szreniawa. Otoczenie dworu stanowi częściowo zachowany park krajobrazowy, którego granicę tworzą w naturalny sposób utworzone stoki wzgórza. Dwie bramy wejściowe zniszczono po 19170 roku. Krajobrazowy park angielski i romantyczny dwór tworzyły niegdyś malownicze i niepowtarzalne założenie. Charakter parku dopełniały w przeszłości także elementy małej architektury w postaci m.in. łuku triumfalnego, budowli ogrodowych, pomników oraz kamieni pamiątkowych. Okres dewastacji po II wojnie światowej trwał wiele lat. Dwór pełnił funkcję ośrodka gospodarczego i miejsca skupu produktów rolnych, co wpłynęło ujemnie na stan techniczny. Obecnie po latach dewastacji dwór znów funkcjonuje. Został zakupiony w 2003 roku i po remoncie pełni funkcje nie tylko hotelu ale też kulturalną, odbywają się w nim koncerty i wieczory literackie.

 

Jarosławskie Stowarzyszenie „Ocalić Przeszłość dla Przyszłości”

Nagroda dla chóru

0
Gratulacje i życzenia dalszych sukcesów złożył również wójt Gminy Przeworsk Daniel Krawiec, który również uczestniczył w tym wyjątkowym wydarzeniu.

W Wojewódzkim Domu Kultury w Rzeszowie 30 czerwca odbyła się gala wręczenia nagród Marszałka Województwa Podkarpackiego „Znak Kultury”. W gronie laureatów znalazł się też działający przy Gminnym Ośrodku Kultury w Przeworsku Chór „Veritas” z Nowosielec.

 

Nagroda Marszałka Województwa Podkarpackiego „Znak Kultury” przyznawana jest za wybitne osiągnięcia oraz działalność artystyczną o szczególnym, prestiżowym znaczeniu dla kultury województwa podkarpackiego. W gronie pięciu laureatów nagród zbiorowych wybranych przez Zarząd województwa za całokształt działalności w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania kultury i ochrony dziedzictwa narodowego znalazł się Chór „Veritas” z Nowosielec, działający przy Gminnym Ośrodku Kultury w Przeworsku. Tą zaszczytną nagrodę na ręce dyrygenta chóru Tomasza Piątka, Elżbiety Sowy oraz Adama Wołowca złożyła Wicemarszałek Województwa Podkarpackiego Ewa Draus oraz Członek Zarządu Województwa Podkarpackiego Anna Huk.

DP/UG Przeworsk

 

 

Pani Bożena przeszła operację. Rodzina dziękuje za pomoc

0

Rodzina pani Bożeny bardzo dziękuje za każdą złotówkę i udostępnienie informacji o zbiórce. Dzięki pomocy ludzi dobrej woli, w tym również naszych Czytelników udało się w błyskawicznym tempie zebrać środki na operację dla 52-laltki.

 

– Lekarze są zadowoleni z przebiegu operacji, nasza mama dochodzi do siebie – poinformowała Jagoda Pszonak, córka pani Bożeny dzień po operacji, dziękując wszystkim za udzielone wsparcie.

52-letnia Bożena Pszonak z Jarosławia, mama pani Jagody zachorowała na guza mózgu IV stopnia złośliwości. W minionym tygodniu w Kluczborku przeszła operację ratującą życie. Niestety nie była ona refundowana, a jej koszt opiewał na ponad 100 tys. zł. Jej bliscy zorganizowali zbiórkę w internecie, którą wsparło prawie 1200 osób. Zbiórka do 15 lipca dostępna jest internecie pod linkiem https://www.siepomaga.pl/bozena-pszonak.

– Środki z nadwyżki zostaną przeznaczone na dalsze leczenie oraz rehabilitację mamy – mówi pani Jagoda.

 

Jak się zaczęło?

Choroba pani Bożeny ujawniła się w kwietniu 2020. Spokojne życie rodziny zmieniło się wówczas o sto osiemdziesiąt stopni.

– Pewnego dnia mama osunęła się na krześle. Od tygodni była bardziej osłabiona, mniej skoncentrowana, ale wydawało nam się, że to może przemęczenie. Potem jednak nastąpiła tragedia. Mama miała sparaliżowany kącik ust, straciła przytomność – byliśmy pewni, że to udar. Rodzice pojechali do szpitala. Była pandemia, co nie ułatwiało sprawy. Jednak już na SORZE okazało się, że to nie udar, tylko guz – opowiadają bliscy pani Bożeny.

Rozpoczęła się walka o życie. Tydzień później pani Bożena trafiła na stół operacyjny. – Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, z czym mamy do czynienia, lekarze nie byli optymistami. Na szczęście operacja się udała, a nam powiedziano, że wycięto wszystko, co lekarze byli w stanie wyciąć. Po dwóch dniach od operacji zrobił się krwiak. Mama ponownie trafiła na stół operacyjny, a my znowu umieraliśmy ze strachu – relacjonują córki pani Bożeny.

Na szczęście wszystko się udało. Pani Bożena, gdy tylko doszła do siebie, zadzwoniła do bliskich. W rodzinę wkroczyła nowa nadzieja, że wszystko będzie jeszcze dobrze. Niestety wynik histopatologiczny potwierdził, że guz w głowie pani Bożeny, to glejak wielopostaciowy IV stopnia.

 

Dalsze przeciwności

Następne tygodnie również nie były łatwe. Bani Bożena codziennie przez 6 tygodni musiała pokonywać 50 km drogi, udając się na radioterapię. Później była chemioterapia. Pani Bożenie wykonywano wiele badań kontrolnych, z których wynikało, że wszystko jest w porządku. Rodzinie coś nie dawało jednak spokoju. Postanowili skorzystać z dodatkowych konsultacji.

– W końcu udało nam się zrobić prywatnie rezonans. I wtedy przeżyliśmy szok – guz odrastał! Niestety, spotkaliśmy się z opieszałością lekarzy przyjmujących na NFZ. Usłyszeliśmy, że można operować, ale w sumie i tak guz odrośnie. Odebraliśmy to tak, jakby nasza mama była gorszą kategorią pacjenta, bo przecież nigdy na 100% nie wyzdrowieje. Czy to jednak oznacza, że nie powinniśmy walczyć o każdy kolejny miesiąc, kolejny rok?! – zastanawiają się bliscy.

Bliscy pani Bożeny nie poddali się. Zaczęli szukać dalszego ratunku. Efektem czego była właśnie nierefundowana operacja w Kluczborku. Teraz pani Bożena dochodzi do siebie. Miejmy nadzieję, że od tego czasu będzie już tylko lepiej.

Pani Bożenie życzymy dużo zdrowia, by jeszcze przez długie lata cieszyła obecnością swoich bliskich, którzy tak zaciekle walczą o jej życie.

 

EK, fot. arch pryw.

 

 

Papuga i żółw trafiłydo zoo

0

Rzadki okaz chronionej papugi oraz żółwia stepowego został ujawniony na przejściu granicznym w Korczowej.

 

Papugę wywoził z Polski 38-letni Estończyk. Funkcjonariusze SG kontrolujący jego samochód zwrócili uwagę na klatkę, w która znajdowała się w samochodzie. Jak ustalili mundurowi z Oddziału Celnego, był to ptak z gatunku Psittaciformes spp znajdujący się na tzw. liście CITES. Zwierząt chronionych konwencją waszyngtońską nie można przewozić przez granicę bez stosownych zezwoleń. Zgodnie z właściwością papuga została zatrzymana przez funkcjonariuszy Oddziału Celnego w Korczowej, a następnie przekazana do Ogrodu Zoologicznego w Zamościu. Do tego samego ogrodu trafił również żółw stepowy, którego na siedzeniu swojego samochodu przewoził wjeżdżający do Polski obywatel Ukrainy. Mężczyzna również nie posiadał odpowiedniego zezwolenia uprawniającego do przewozu zwierząt chronionych.

 

EK/BiOSG/KAS

 

Pielgrzymi w drodze do Matki Bożej

0
Grupa św. Rafała wyruszyła sprzed Sanktuarium Grobu Bożego w Przeworsku. fot. UM Przeworsk.

W minionym tygodniu na pątniczy szlak ku Jasnej Górze wyruszyła grupa św. Brata Alberta z Jarosławia, grupa św. Józefa Sebastiana Pelczara z Radymna oraz grupa św. Rafała z Przeworska.

Grupa św. Józefa, która wyruszyła z Radymna zatrzymała się przy Kościele pw. św. Jana Chrzciciela i św. Marcina w Łowcach. Fot. UG Chłopice.

Grupa św. Brata Alberta swoje pielgrzymowanie rozpoczęła we wtorek, 5 lipca Mszą św. w kościele pw. NMP Królowej Polski w Jarosławiu, której przewodniczył bp Stanisław Jamrozek. W homilii biskup mówił, że w drodze do Częstochowy będzie okazja, by przyjrzeć się przyjaźni z Jezusem. Zwracając się bezpośrednio do pielgrzymów zapewniał, że w pielgrzymkowej trasie nigdy nie będą sami.

– Pan wam zawsze będzie towarzyszył. Będzie posyłał swojego anioła, żeby was prowadził. Będzie wam towarzyszyła też Maryja, która pokazuje drogę dojścia do Jezusa – zaznaczył bp S. Jamrozek.

Dzień wcześniej tj. w poniedziałek, 4 lipca w kościele pw. św. Wawrzyńca w Radymnie swoje pielgrzymowanie zainaugurowała grupa św. Józefa Sebastiana Pelczara. Uroczystej Mszy św. również przewodniczył bp Stanisław Jamrozek. Wiele osób z tej grupy trud pielgrzymowania podjęło po raz pierwszy.

Jako ostatnia na trasę wyruszyła przeworska grupa św. Rafała. W środę z samego rana podczas Mszy św. pod przewodnictwem JE ks. abpa Adama Szala w Sanktuarium Grobu Bożego w Przeworsku pielgrzymi modlili się o dobrą pogodę i Bożą opiekę dla wszystkich wędrujących do Jasnogórskiej Pani. Podobnie jak w latach ubiegłych pątnikom w pierwszych kilometrach towarzyszyli przedstawiciele lokalnych władz.

 

EK

Compensa przekazała miastu defibrylator

0

W sobotę, 9 lipca, na jarosławskim Rynku odbył się piknik rodzinny Strefa Bezpieczeństwa Compensy. W programie znalazły się zabawy i quizy z nagrodami, nauka pierwszej pomocy, a także badania profilaktyczne i strefa relaksu.

 

W ramach Strefy Bezpieczeństwa Compensy zaplanowano wiele zabaw edukacyjnych zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Uczestnicy tego wydarzenia mogli spróbować swoich sił w quizach wiedzy z nagrodami, zadaniach i wyzwaniach (refleksomierz, narkogogle i alkogogle), a także doświadczyć dachowania i zderzenia w specjalnych symulatorach. Była też możliwość wykonania podstawowych badań profilaktycznych, m.in. wzroku czy poziomu cukru we krwi oraz skorzystania ze strefy relaksu i masaży.

Tego dnia Compensa przekazała na ręce Dariusza Tracza, zastępcy Burmistrza Miasta Jarosławia defibrylator AED. Urządzenie służące do przeprowadzania zabiegu defibrylacji serca zostało umieszczone w specjalnej skrzynce na ścianie kamienicy Rynek 5. Zapewnienie dostępu do urządzenia i edukacja w zakresie jego użytkowania zapewne zwiększy poczucie bezpieczeństwa mieszkańców Jarosławia.

Piknik realizowany był w ramach kampanii prowadzonej przez Compensę we współpracy z Centrum Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego.

EK, fot. UM